Zmarł Andrzej Pityński. Mówił: Także walczę, moją bronią jest sztuka!

TAKŻE WALCZĘ, MOJĄ BRONIĄ JEST SZTUKA

18 września 2020 r. zmarł Andrzej Pityński, rzeźbiarz-monumentalista. Był przewodniczącym Kapituły Nagrody im. Michała Krupy „Wierzby” przyznawanej corocznie podczas gali Kwartalnika Wyklęci za wyjątkowe upamiętnianie Żołnierzy Wyklętych na niwie artystycznej. Poniższy wywiad zamieszczony został w książce Kajetana Rajskiego „Wilczęta. Rozmowy z dziećmi Żołnierzy Wyklętych”. Tekst pochodzi sprzed korekty redakcyjnej.

 

 

Z Andrzejem Pityńskim, synem por. Aleksandra Pityńskiego „Kuli” i ppor. Stefanii Pityńskiej „Perełki”, Żołnierzy Wyklętych, rozmawia Kajetan Rajski

 

Gdzie i kiedy urodził się Pana ojciec Aleksander Pityński?

Mój ojciec urodził się 11 marca 1926 r. w Ulanowie. Tam ukończył siedmioklasową szkołę podstawową. Praktykował jako flisak u swojego ojca Andrzeja Marcina Pityńskiego (10.11.1902-26.02.1982), który był retmanem, czyli szefem spławu drewna tratwami na rzekach San i Wisła, od Karpat do Gdańska.

A kiedy urodził się Pana wujek, Michał Krupa?

Wujek Michał Krupa to najstarszy brat mojej mamy. Urodził się w Kuryłówce 26 września 1920 r. Jego ojcem a moim dziadkiem był Piotr Krupa (1895 +1935), listonosz z zawodu. Matką była Maria Staroń Krupa (1899 +1970) z Kuryłówki.

Co Michał Krupa robił przed wybuchem II wojny światowej?

Michał ukończył szkołę podstawową w Kuryłówce. W 1935 r. tragicznie zmarł jego ojciec, osieracając czwórkę małych dzieci, Michała – 15 lat, Stefanię – 10 lat, Staszka – 8 lat i Marynię – 4 lata. Na Michale spoczął obowiązek opieki nad rodziną. Podjął pracę jako drwal przy wyrębie lasu w Nadleśnictwie Brzyska Wola. Po ojcu pozostało małe gospodarstwo rolne, na którym pracowała cała rodzina. Michał wynajmował się także innym gospodarzom w Kuryłówce i okolicy. Było im bardzo ciężko bez ojca.

1 września 1939 r. rozpoczęła się II wojna światowa.

II wojna światowa dla mojej rodziny rozpoczęła się tragicznie. 9 września 1939 r. Ulanów był bombardowany przez Luftwaffe, trzy samoloty zrzuciły dziesięć bomb. Pierwsza bomba uderzyła w podwórko mojego dziadzia Andrzeja Marcina Pityńskiego, zabijając jego najstarsza córkę, szesnastoletnią Józię Pityńską. Dwie jej młodsze siostry, Danusia i Tereska, zostały ranne. Wojsko Polskie wycofało się z Ulanowa 14 września.

Jakie były początki konspiracji na terenach Ulanowa i okolic?

Już w połowie stycznia 1940 r. na terenie Stalowej Woli powstał ZWZ. W Ulanowie działała również Narodowa Organizacja Wojskowa, połączona później z AK. Dowodził nią urodzony w Racławicach koło Niska mjr Kazimierz Mirecki „Żmuda”. Pod jego rozkazami działał leśny oddział partyzancki NOW-AK „Ojca Jana” – Franciszka Przysiężniaka, który w maju 1943 r. podporządkował się cichociemnemu płk. Leonardowi Zub-Zdanowiczowi „Ząb” z NSZ.

Kiedy Michał Krupa zaangażował się w działalność konspiracyjną?

Po wkroczeniu Niemców na Zasanie wzmożyła się ukraińska walka przeciwko Polakom. W 1941 r. ukraińska policja, SS i Gestapo, pod nieobecność Michała, spaliła gospodarstwo Krupów, dom, stajnię i stodołę. Ukraińcy zrabowali konia, dwie krowy, drób i cały sprzęt gospodarczy, wszystko zrównali z ziemią. Maria Krupa wraz z dziećmi uciekła za San do Starego Miasta i zatrzymała się u kuzynów.

Jednym z Ukraińców był policjant z Kuryłówki, który osobiście palił i rabował mienie Krupów, a którego Michał dobrze znał. Kilka dni po spaleniu Krupów Michał w biały dzień pod cerkwią w Kuryłówce zarąbał go siekierą, zabierając broń i granaty. Od tej pory był poszukiwany przez gestapo i Ukraińców. W kilka tygodni potem trafił do oddziału Franciszka Przysiężniaka „Ojca Jana”. W oddziale był erkaemistą, celnie strzelał, jego odwaga graniczyła z szaleństwem. „Ojciec Jan” zawsze wystawiał Michała na szpicę w trakcie przemarszu oddziału.

W oddziale „Ojca Jana” był do jego rozbicia przez Niemców w Grabach 27 grudnia 1943 r. Tylko zimna krew Józefa Zadzierskiego „Wołyniak”, który celnymi seriami z erkaemu osłaniał wycofujący się oddział, uratowała go od kompletnej klęski. Po tej akcji „Wołyniak” odszedł z oddziału „Ojca Jana” i stworzył swój własny oddział na Zasaniu. Podporządkował się mjr. Kazimierzowi Mireckiemu „Żmudzie” i kwaterował w Kuryłówce, Tarnawcu i okolicznych lasach, które Michał bardzo dobrze znał, pracując tam przy ich wyrębie. „Wołyniak” darzył Michała wielkim zaufaniem. Michał był jego „prawą ręką”, osobistym ochroniarzem. W oddziale brał udział we wszystkich walkach, w bitwie pod Kuryłówką był amunicyjnym, wozem z dwoma końmi dostarczał amunicję i granaty na pierwsze linie walki z Armią Czerwoną i NKWD.

Co nam może Pan opowiedzieć o latach spędzonych pod okupacją niemiecką przez Pana ojca?

Mój tatuś mając 16 lat uciekł z domu do lasu i wstąpił do oddziału „Ojca Jana”, gdzie odbył podchorążówkę. Miał pseudonim „Kula”. W oddziale tym brał udział w walkach z Wehrmachtem, SS, Kałmukami i Ukraińcami współpracującymi z Niemcami. Walczył pod Groblami – 12.05.1943, pod Biłgorajem – wrzesień 1943, pod Dąbrowicą – październik 1943, pod Hutą Deręgowską, pod Zdziarami – 15.07.1943. 27 grudnia 1943 r. w Grabach doszło do wspomnianego rozbicia oddziału „Ojca Jana”, zaskoczonego i okrążonego przez Niemców.

Przy którym oddziale pozostał „Kula”?

Mój ojciec pozostał w oddziale „Ojca Jana”.

Jaki był dalszy szlak bojowy Pana ojca?

22 lutego 1944 r. oddział przeprowadził wraz z sowieckimi partyzantami Petra Werszyhory atak na sąd w Ulanowie, gdzie stacjonowali żołnierze Luftwaffe. Prawe skrzydło sądu zostało wysadzone w powietrze, wielu Niemców zginęło. W nocy z 23/24 kwietnia 1944 r. oddział przejął lotników angielskich zestrzelonych przez Niemców.

W czerwcu 1944 r. w Lasach Janowskich na Porytowym Wzgórzu doszło do największej bitwy partyzanckiej na ziemiach polskich. Połączone oddziały AK, NOW, NSZ, BCh, AL i partyzantki sowieckiej – w sumie trzy tysiące ludzi, zostało okrążonych przez 30 tys. Niemców. W bitwie poległo ponad tysiąc partyzantów.

Po tej bitwie Aleksander Pityński dostał się do Ulanowa, gdzie zastało go tzw. wyzwolenie.

W lipcu 1944 r. front Armii Czerwonej dotarł do Ulanowa. Wtedy to mój ojciec wraz z oficerem sowieckim poszedł na zwiady. Przepłynęli San wpław i dotarli do okopów niemieckich. Niemców już tam nie było, wycofali się na Rzeszów. Ojciec wziął do niewoli dwóch maruderów, Francuzów z armii niemieckiej, których potem sowieci rozstrzelali. Po przejściu Armii Czerwonej przyszło NKWD. 14 listopada 1944 r. cały Ulanów został okrążony przez NKWD. W każdym domu pojawili się sowieci i nastąpiły aresztowania akowców i ich przesłuchiwania na posterunku w Ulanowie. Wyselekcjonowano około stu obywateli Ulanowa, których wywieziono na Sybir, do obozów Borowicze i Jegolsk. Wielu stamtąd nie powróciło. „Kula” był wśród zatrzymanych i miano go wywieźć na Sybir. W brawurowy sposób uciekł z posterunku w Ulanowie, prowadzony przez sowieckich żołnierzy pod bagnetami korytarzem skoczył z pierwszego piętra przez szybę w oknie na głowy sowietów otaczających posterunek i w wielkim zamieszaniu, znając doskonale ulanowski teren, udało mu się zbiec. Kilka dni ukrywał się w kościele na strychu. Później przeprawił się przez San i dołączył do oddziału „Wołyniaka” stacjonującego wtedy w Kuryłówce.

„Ojciec Jan” – Franciszek Przysiężniak, pierwszy dowódca Aleksandra Pityńskiego, to jeden z dowódców podziemia niepodległościowego po zajęciu ziem polskich przez wojska sowieckie. Najpierw się ukrywał, ale wkrótce spotkała go straszna tragedia – w kwietniu 1945 r. w Kuryłówce została zabita przez UB jego 23-letnia żona Janina Przysiężniak „Jaga”, będąca w siódmym miesiącu ciąży. Czy zna Pan może bliżej to wydarzenie?

„Ojciec Jan” pod koniec lipca 1944 r. rozwiązał oddział, a broń ukrył. W grudniu 1944 r. został aresztowany przez NKWD w Jarosławiu i przekazany UB, ale miał fałszywe dokumenty i został zwolniony. Nie angażował się w konspirację. Ale w Wielki Czwartek, 30 marca 1945 r., UB aresztowało jego żonę. Po nocnych przesłuchaniach załadowano ją na samochód i w towarzystwie ubowców zawieziono do Kuryłówki. Kazano jej wysiąść i iść do domu rodziców. Gdy przeszła kilkanaście metrów, ubek Machaj z Niska wystrzelił do niej z pepeszy w plecy. Ubowcy odjechali. „Jaga” żyła jeszcze, gdy pół godziny później przybył „Wołyniak” ze swoimi ludźmi. Po przeniesieniu do izby zmarła po pół godzinie.

Po utracie żony i nienarodzonego dziecka Franciszek Przysiężniak objął dowództwo oddziałów leśnych okręgu „San”. 7 maja 1945 r. jego oddział stoczył jedną z największych bitew polskich rozbijając kolumnę oddziałów NKWD pod Kuryłówką koło Leżajska i zabił 57 enkawudzistów. W bitwie tej w oddziale „Wołyniaka” wziął udział Pański ojciec i został ranny. Co Panu o tym opowiadał?

Posiadam relację pisemną ojca, którą za chwilę przytoczę. Ojciec wziął udział w tej bitwie jako dowódca drużyny, erkaemista. Wojska sowieckie próbowały okrążyć oddział „Wołyniaka” w Kuryłówce. Na pomoc pospieszyły oddziały partyzanckie „Majki” i „Radwana”, stacjonujące niedaleko. Zrobił się kocioł w kotle. Oddział „Wołyniaka” bronił się okrążony przez sowietów, a sowieci byli okrążeni przez oddziały „Majki” i „Radwana”. Wywiązała się śmiertelna walka, w której Armia Czerwona poniosła klęskę, oprócz zabitych miała setki rannych, wiele zniszczonych samochodów pancernych. 8 maja wzmocnione wojska sowieckie w odwet za klęskę spacyfikowały Kuryłówkę. Wioskę spalili, tylko kominy zostały, wiele osób zostało zastrzelonych, w tym kobiety i dzieci, kilkoro Ruscy skrępowali drutem kolczastym, oblali benzyną i żywcem spalili. W tym samym czasie państwa Europy Zachodniej i USA świętowały zakończenie wojny w Europie…

A oto fragment z pamiętnika mojego ojca, który był opublikowany w Nowym Dzienniku 10 czerwca 1986 r. pt. „Pod Kuryłówką jeńców nie brano”:

Erkaem bił od Leżajska, „Wołyniak” zarządził zbiórkę, puścił kilku konnych na rozpoznanie. W kilka godzin od naszego powrotu do Kuryłówki ubezpieczenie od Kulna dało ognia. Alarm!!! Ruscy idą. Nastąpiła bezładna wymiana strzałów. Szpica Ruskich trafiła na zdecydowany opór i wycofała się w leśny masyw pomiędzy Kulną a Orzaną. Znad Sanu od Starego Miasta pruł ruski snajper, dwóch naszych już położył trupem. Po godzinie zamilkł. Chłopcy przynieśli ruską zeriatkę z lunetą. Dopadli go żywcem. Pukanie trwało do późnej nocy. Trzymają nas na kontakcie, czekają na posiłki, jutro nas zaatakują, powiedział „Wołyniak”. O drugiej w nocy byliśmy już na pierwszej linii okopów. Pluton mój obsadził stanowiska na wschodnim odcinku wioski, z widokiem na Kulno i Orzanę. Rano około piątej Ruscy ruszyli. Wychodzili z lasu plutonami i rozwijali się w tyralierę. Tyraliera Ruskich zaczęła rzednąć, co drugi, trzeci padał i okopywał się. W odległości pół kilometra od naszych pozycji zatrzymali się. Trzy postacie oderwało się od linii, dwóch z nich założyło hełmy na pepesze, podnieśli ręce do góry i szli w naszym kierunku krzycząc: komandir!, komandir!. „Wołyniak” podjechał na siwym do mojego stanowiska, zeskoczył z konia, kiwnął na mnie: „Kula” za mną, ubezpieczaj! Przeskoczył okop i ruszył szybkim krokiem w kierunku trzech Ruskich. Wyskoczyłem z okopu, odbezpieczyłem Diegtiarowa i ruszyłem za nim. Trzymaj dystans, jak tylko coś, to wal!, rzucił za siebie „Wołyniak”. Zatrzymałem się może na dwadzieścia kroków od ich spotkania. Ruski w stopniu majora zasalutował, „Wołyniak” mu odpowiedział. Ubezpieczenie Ruskiego majora trzymało też dystans, hełmy założyli na głowy, pepesze zawieszone na ramieniu niedbale kiwały się w naszą stronę. Rozmowa szła po rusku, wywnioskowałem, że major próbuje przekonać „Wołyniak” o poddaniu się. W pewnym momencie Ruski wrzasnął: Paczemu wy naszych sołdatów ubijatie. Paczemu wy polskich partizanow strelajetie?, krzyknął mu w twarz „Wołyniak”. Pajdiosz!!! Ruski major złapał „Wołyniaka” za klapę płaszcza, drugą ręką za nagan i szarpnął do siebie. W ręce „Wołyniaka” błysnął Vis, huknęły dwa strzały. „Wołyniak” i ruski major runęli na ziemię, krótką serią z Diegtiarowa ściąłem dwóch pozostałych, sam dostałem z pepeszy po karku, przestrzelili mi lornetkę i latarkę zawieszoną na piersi. W pierwszym momencie myślałem, że rąbnęli się nawzajem. Padnij! – krzyknął „Wołyniak” po mojej serii i zerwał z ruskiego majora mapnik. Czołgając się do pierwszej linii krzyknął: Nie strzelać, podpuścić ich bliżej! Ruscy ruszyli, cała tyraliera szła i biła do nas. Pod ich obstrzałem wpadliśmy na pierwszą linię. Od Leżajska, Łazowa, Tarnawca już grały kaemy. Do nas podeszli na 300 do 400 metrów. Ognia!, poszła komenda po linii, seriami broni maszynowej przygwoździliśmy ich do ziemi. Cała wieś drżała jednym jazgotem strzałów i wybuchów. Ruscy parli do przodu chcąc przebić się do wsi, moździerze zaczęły bić w Kuryłówkę, wieś płonęła. Padł rozkaz wycofania się na drugą linię, bliżej wsi. Sprawnie to poszło, za chwilę w nasze poprzednie stanowiska biły już moździerze. Pętla ruskich zacisnęła się na Kuryłówce, kocioł, zrobiło się gorąco, za plecami płonęła wieś, pękały granaty, przed nami serie broni maszynowej i ryk ruskich idących do ataku. Bagnet na broń!, poleciało po okopach. Zielona rakieta prysnęła w górę, gdzieś tam na tyłach ruskich zza lasu od Dąbrowicy Małej atak. Hura!, hura!, poszło po wszystkich liniach otaczających Kuryłówkę. Wyskoczyliśmy z okopów bezładnie pędząc przed siebie, bijąc z erkaemów. Na lewo od nas równo jak na paradzie szła do ataku podchorążówka z Laszek. Rozbici w tyralierę, z bagnetami na karabinach młodzi polscy chłopcy brali już ruskich frontowców na bagnety. Atak ruskich załamał się. I wtedy na ich tyłach od Kulna, Łazowa, Orzany, Tarnawca wybuchły granaty, zagrały erkaemy „Majki”, „Radwana” i „Mewy”. Ich oddziały uderzyły na tyły ruskiej tyraliery. Zaskoczenie było kompletne, ruscy wpadli w panikę, wzięci w dwa ognie, kocioł w kotle, próbowali uciekać, a wiesz jak się strzela do uciekających, jak do kaczek. Część z nich próbowała się przebić. Seria z erkaemu ścięła mnie z nóg, padłem w gliniastą bruzdę, postrzału nie czułem wcale, dopiero teraz leżąc na rozbryzganym błocie poczułem ciepły, piekący ból nogi, krew waliła przez przestrzeloną na wylot cholewę buta. Cały płaszcz poniżej kolan postrzelany był jak sito. Ostrożnie podniosłem głowę. Hura!, hura! Serie, wybuchy, krzyk, to nasi chłopcy roznosili już Czerwoną Armię na bagnetach – jeńców pod Kuryłówką nie brano.

Ranna została też sanitariuszka Stefania Krupa „Perełka”. Rannych „Kulę” i „Perełkę” położono na jednej furmance i wywieziono z pola bitwy. Tak poznali się Pańscy Rodzice. Gdzie i kiedy urodziła się Pana mama?

Tak się zaczęła ich partyzancka miłość, czego owocem jestem ja, Andrzej Piotr Pityński. Stefania Pityńska z domu Krupa urodziła sie w Kuryłówce 6 września 1925 r., zmarła 15 grudnia 1997 r. w Ulanowie. Odznaczona została Krzyżem Walecznych, Krzyżem AK, Medalem Wojska Polskiego, awansowana na stopień podporucznika.

W jakich okolicznościach zawarli sakrament małżeństwa?

Partyzancki ślub Aleksandra i Stefanii Pityńskiej odbył się w nocy 20 stycznia 1946 r. w kościele w Tarnawcu, pół kilometra od Kuryłówki. Uczta weselna odbyła się w Kuryłówce w domu Krupów, erkaemy na wiwat grały całą noc. Następnego dnia KBW i UB było już w Kurylowce.

Jesienią 1945 r. „Ojciec Jan” wyjechał na Pomorze. Mianowano go komendantem okręgu Narodowego Zjednoczenia Wojskowego na powiaty Brodnica i Wąbrzeźno. Dodajmy, że 15 maja 1946 został po raz pierwszy aresztowany i skazany na cztery lata więzienia. Wyszedł po amnestii w 1947, ale 3 września 1948 został ponownie aresztowany i skazany tym razem na 15 lat więzienia. Osadzono go w więzieniu we Wronkach. Zwolniony został 24 grudnia 1954 r. Z kolei Pański ojciec i wujek walczyli dalej w oddziale „Wołyniaka”. Walczyli z okupantami sowieckimi, kolaborantami oraz z Ukraińską Powstańczą Armią. W jednej z potyczek ranny zostaje „Wołyniak”.

W nocy z 11 na 12 listopada 1946 r. w rejonie Tarnawca, podczas pacyfikacji Zasania przez oddziały KBW i wojska, „Wołyniak” został ranny w prawą rękę powyżej łokcia, w którą wdała się gangrena. Nie widząc wyjścia z sytuacji w nocy z 28 na 29 grudnia 1946 r. w Szegdach popełnił samobójstwo strzelając z Visa lewą ręką w usta. Pochowany został konspiracyjnie na cmentarzu w Tarnawcu. Pochował go jego żołnierz, a mój wujek Michał Krupa „Pułkownik”, obok grobu swojego ojca.

Do postaci Michała Krupy wrócimy w dalszej części naszej rozmowy. Teraz chciałem zapytać, jak potoczyły się losy oddziału i „Kuli” po śmierci „Wołyniaka”?

Po śmierci „Wołyniaka” dowództwo objął Adam Kusz „Garbaty”. Do 1950 r. jego oddział siał terror wśród komunistów. Oddział rozbijał więzienia, rozbijał PGR-y, (ostatni w Cieplicach), rozbrajał posterunki milicji, czasem wysadzał je w powietrze, tak jak to zrobił Michał w Kuryłówce. Wykonywał wyroki śmierci na nadgorliwych UB-kach, donosicielach, milicjantach i ORMO-wcach. Tępił komunistycznych aparatczyków.

UB wykorzystując byłych partyzantów z oddziału „Lisa”, którzy poszli na współpracę, a których „Garbaty” dobrze znał, wprowadzili do oddziału dwóch ubeków z radiostacją, wmawiając partyzantom, że maja kontakt z Zachodem i obiecując ich przerzut. Po dwóch miesiącach oddział został namierzony. 15 sierpnia 1950 r. w Lasach Janowskich, niedaleko Gerlachów, oddział „Garbatego” został okrążony potrójnym pierścieniem. Siły przeciwnika wynosiły trzy tysiące ludzi. Oddział „Garbatego” tylko dwunastu partyzantów. W wyniku bitwy oddział Kusza został rozbity, prawie wszyscy zginęli. „Garbaty” zorientowawszy w sytuacji pierwszy rozwalił dwóch radiotelegrafistów ubeckich, sam zginął w walce. Trzem partyzantom udało się przebić przez trzy okrążenia. Jednym z nich był mój wujek Michał Krupa.

Co się działo z Pańskimi rodzicami po śmierci „Wołyniaka”?

Po śmierci „Wołyniaka” moi rodzice opuścili oddział partyzancki. Mama była w ciąży. Schronili się w Ulanowie i tam się ukrywali wśród rodziny Pityńskich, u Stefana Pityńskiego, starszego brata mojego dziadzia Andrzeja, w domu nad Sanem, czy u państwa Rebelowskich w Ulanowie.

15 marca 1947 r. urodził się Pan. Gdzie się Pan urodził?

Urodziłem się w domu mojego dziadzia, bez lekarza i pielęgniarek. Odebrała mnie babcia i dziadzio.

Niespełna miesiąc wcześniej, 22 lutego 1947 r., ogłoszono amnestię. W kwietniu ujawnił się Aleksander Pityński. Jak Pan sądzi, czy głównym powodem jego ujawnienia były Pańskie narodziny i chęć normalnego życia?

Na pewno moje przyjście na świat, to był główny powód ujawnienia się ojca.

Pomimo ujawnienia Aleksander Pityński tydzień później zostaje aresztowany i poddany torturom w kazamatach ubeckich w Nisku. Jak do tego doszło?

Tydzień po ujawnieniu się w Ulanowie na rynku był jarmark. Tatuś pomagał dziadziowi rozładować wóz ze zbożem. W pewnym momencie podbiegł do furmanki ubek w cywilu z pistoletem w ręce i krzyknął do tatusia: Ręce do góry, bandyto! Tatuś błyskawicznie skoczył z furmanki na głowę ubeka, wyrwał mu pistolet i trzasnął go nim w głowę. Ubek padł nieprzytomny. Rozległy się strzały, cały rynek obstawiony był ubowcami. Tatuś krzyknął: Padnij! Ludzie wpadli w panikę, niektórzy padli na ziemię, inni uciekali przewracając stragany. Tatuś ostrzeliwując się umknął obławie. Wtedy zaczęło się polowanie na niego. W tym czasie burmistrzem Ulanowa był Franciszek Nachajski, młodszy brat mojej babci Marii Nachajskiej. Burmistrz, naciskany przez UB, prosił tatę o oddanie ubekom pistoletu i oddanie się w ich ręce. W przeciwnym razie aresztują całą rodzinę, dwie siostry, brata i rodziców. Mama się ciągle ukrywała. Gdy tatuś z burmistrzem pojawił się na posterunku w Ulanowie, natychmiast został skuty i zawieziony do Niska na UB. Tam wprowadzili go do holu, już na niego czekało sześciu ubeków. Bez słowa zaczęli go bić pałkami. Bili tak długo, aż ustali. Tatuś stracił przytomność. Ocknął się w wannie z zimną wodą. Całe ubranie było w strzępach, on cały we krwi, jeden z ubowców o nazwisku Kendra podtapiał go w wannie. W końcu wywlekli pół żywego i rzucili do piwnicy w małej komórce z wilgotnego betonu, ironicznie zwanej „Londynem”. Zaczęły się mordercze przesłuchania. Interesowali się moim wujkiem „Pułkownikiem” i jego ludźmi. Każdej nocy wleczono go na piętro do pokoju z zakratowanymi oknami. Był tam stół, trzy krzesła i lampa, którą świecili prosto w oczy. Przesłuchiwania były brutalne, skutego przywiązali do drąga i powiesili między dwoma krzesłami, założyli mu maskę gumową przeciwgazową, amerykańskiej produkcji, na twarz, żeby nie krzyczał. Krew waliła z nosa i ust, prawie się w niej udusił. Bili pałkami i stalowymi prętami. Pierwsze uderzenia poszły w pięty i nerki, wszystkie gwiazdy zobaczył, bili po głowie, potem już prawie nie czuł, bo wszystko było odbite. W końcu stracił przytomność i znowu kąpiel i podtapianie w zimnej wodzie. Na jednym z takich przesłuchań, gdy czterech ubowców biło go pałkami, z bólu zerwał pęta na nogach i głową staranował siedzącego za stołem ubeka Krawczyńskiego, który został przywalony stołem. Przywiązanym do pleców drągiem bił nim i głową pozostałych ubeków. Wszyscy uciekli z pokoju barykadując drzwi. Tatuś chciał już siebie wykończyć, z rozpędu zaczął taranować głową drzwi, które pękły na pół. Po trzecim uderzeniu głową w drzwi stracił przytomność. Ocknął się w karcerze „Londynie”. Postanowił zastosować głodówkę, po trzech dniach zaczął majaczyć, poprosił o księdza do spowiedzi, przygotowywał się na śmierć. Wyrwał deskę ze schodków do piwnicy i na niej spał na wilgotnej betonowej podłodze. Przyszedł ksiądz, w trakcie spowiedzi tatuś zorientował się, że to nie ksiądz, ale ubek Kendra w sutannie księdza, ten, który wcześniej go podtapiał. Złapał deskę, na której spał i kilkakrotnie zdzielił nią ubeka, łamiąc mu rękę. Od tamtej pory już nikt po niego nie przychodził, z głodu stracił przytomność. Ocknął się leżąc okręcony kocem na podłodze ciężarówki. Nie mógł mówić ani się ruszać. Czterech ubeków komenderowanych przez por. Krawczyńskiego wiozło go do więzienia na Zamku w Rzeszowie. Po drodze zatrzymali się w lesie, wywlekli tatusia z ciężarówki okręconego kocem i przywiązali do drzewa. Pijąc wódkę z butelki strzelali na zmianę do taty z pistoletów jak do tarczy, a on modlił się w duchu, żeby go wreszcie trafili, to skończyłaby się ta jego udręka. Na Zamku w Rzeszowie wezwano lekarza, który także był więźniem. Gdy on zobaczył ojca w takim stanie, zaczął głośno krzyczeć na ubeków: Coście mi tutaj przywieźli – trupa! To wy będziecie odpowiedzialni za jego śmierć, nie ja! Tatuś w Nisku na UB przesiedział sześć miesięcy i cztery miesiące w więzieniu na Zamku w Rzeszowie.

Jako dziecko jeździłem z dziadziem na widzenia do taty do więzienia. Zawoziliśmy mu paczki raz na trzy miesiące. W końcu wrócił. Z wybitymi zębami, z połamanymi żebrami, ze zmasakrowanym nosem. Był sponiewierany fizycznie, ale był silny duchem. Powiedział do mnie: Jeśli dupę masz z papieru, to kraty w oknach więzienia są z żelaza, jeśli dupę masz z żelaza, to kraty w oknach więzienia są z papieru.

Jednym z oprawców był por. Roman Krawczyński. Czy wie Pan, co dalej działo się z tym ubekiem? Czy dożył 1989 r.? Czy spotkała go za to jakakolwiek kara?

Ubek Roman Krawczyński podobno mieszkał w Zakopanym kolo skoczni, nigdy sie nim nie interesowałem. Kilka lat temu na wystawie w Stalowej Woli „Oprawcy z UB” było jego zdjęcie i krótki życiorys. Urodzony chyba w 1923 r., dzisiaj miałby 91 lat. Przeżył bez kary. Był także Marian Krawczyński, ubek z Warszawy, który mordował polskich patriotów, kto wie, może to jego starszy brat.

Jak dalej potoczyły się losy Pańskiego ojca? Czy władze komunistyczne dały mu spokój?

Nie, zaczęła się ubecka karuzela. Będąc dzieckiem „bandytów”, przechodziłem wraz z nimi gehennę tych, którzy walczyli z czerwoną zarazą.

Jak Pan – jako małe dziecko – wspomina te najścia ubeków na Wasz dom?

Rewizje były częste i brutalne, zawsze nad ranem, o trzeciej lub czwartej godzinie. Wyważali drzwi kolbami, cały dom obstawiony, milicja w hełmach z pepeszami, dwóch ubeków trzymało nas pod bronią, kilku ormowców i milicjantów buszowało po szafach, kredensie, w piwnicy i na stryszku. Rwali podłogi, nawet piec kaflowy rozbili szukając w nim „Pułkownika”. Jedna zimowa noc tuż przed Bożym Narodzeniem utkwiła mi na zawsze w pamięci. O czwartej rano rozbili kolbami pepesz drzwi do domu, wywlekli nas w piżamach na zaśnieżone podwórko. Stałem z dziadziem boso w śniegu, księżyc był w pełni, świecił jasno i widno było jak w dzień. Wtedy zobaczyłem mojego ojca, tylko w białych kalesonach, ze skutymi rękami do tyłu, z zaciśniętymi pięściami, bitego przez sześciu ubowskich zbirów pałkami i kolbami pepesz po głowie, po plecach, po nogach. Krew bryzgała na wszystkie strony, białe kalesony były już czerwone i śnieg już nie był biały, ale czerwony. Dziadzio trzymał mnie kurczowo za ramię, nie płakał i mnie nie wolno było płakać, choć serce mi z bólu mało nie pękło, tylko mama z cicha szlochała. Potem wrzucili sponiewieranego tatę do milicyjnej suki i znowu go długo nie widziałem. Rano zbierałem z dziadziem ze śniegu zakrzepłą krew mojego ojca do słoika, żeby ją wrony nie dziobały. Wtedy po raz ostatni w swoim życiu płakałem. Tatuś do końca swoich dni był prześladowany. W czasie stanu wojennego był internowany w Załężu.

Czy w szkole spotykały Pana przykrości z powodu bycia synem Aleksandra Pityńskiego, siostrzeńcem Michała Krupy? Czy nazywano Pana synem bandyty?

Po szkole podstawowej uczyłem się w Liceum Ogólnokształcącym w Ulanowie. Był to najtrudniejszy okres w moim życiu. Komunistyczny aparatczyk, nauczyciel Michał Maziarz, z pobliskiej wioski, postawił sobie za cel zniszczyć naszą rodzinę. Będąc nauczycielem w liceum ulanowskim usunął ze szkoły młodszego brata mojego ojca, wujka Tadka. Tadeusz poszedł na ochotnika do Marynarki Wojennej. W kilka miesięcy potem znalazł się w więzieniu w Sztumie pod zarzutem współudziału w porwaniu ścigacza torpedowego do Szwecji. Trzech z nich zostało straconych, Tadek dostał 15 lat. Odsiedział 10, był bity i torturowany, zabrali mu młodość i czas na studia. Został zrehabilitowany, ale czasu życia w więzieniu, jaki stracił, nikt mu już nie wróci. Po Tadeuszu przyszedłem do tego liceum ja. Znowu Maziarz miał robotę, tym razem ja miałem być jego ofiarą. Na zebraniu rady pedagogicznej krzyczał: „Komu chcecie dać maturę? Bandycie!!!”. Ale to już był 1964 rok. Maturę zdałem bez problemów. Złożyłem papiery na studia do szkoły oficerskiej Marynarki Wojennej, które zostały odrzucone z powodu przynależności moich rodziców do AK-NOW i NZW. W tydzień potem dostałem wezwanie do WKR-u w Nisku, z przydziałem do saperów. Ale wtedy już uczyłem się dalej w Technikum Wodno-Melioracyjnym w Trzcianie koło Rzeszowa. Po dwóch latach dostałem dyplom technika melioranta. Powróciłem do Ulanowa i zacząłem prace w geodezji jako starszy pomiarowy. Robiliśmy mapy powiatu niżańskiego.

I to wtedy, w grudniu 1967 r., SB, MO i ORMO zorganizowało na Pana prowokację?

Kilku ormowców zaatakowało mojego tatę pod gospodą w Ulanowie. Jeden z ormowców dał mi znać, że: „Ojca ci biją!”. Wyskoczyłem z kawiarni i pobiegłem do gospody. Faktycznie, ojciec krwawił. Szybko rozprawiłem się z czterema podpitymi już ormowcami, gdy w tym czasie do akcji wkroczyli dwaj milicjanci z psem. Po miesiącu odbył się sąd pokazowy po raz pierwszy i ostatni w Ulanowie. W niedzielę, po sumie, spędzili ludzi młodzież licealną do kina „Hel” na środku rynku i tam mnie i tatusia sądzili. Oczywiście przyprowadzono mnie w kajdankach, w eskorcie uzbrojonego w pistolet maszynowy milicjanta. Była to demonstracja ich siły. Sądzono przecież ulanowskiego chuligana. Oczywiście zostałem skazany. To miał być koniec mojej kariery. Wtedy postanowiłem zniknąć z Ulanowa.

W jaki sposób Rodzice tłumaczyli Panu – jeszcze jako dziecku – sytuację, jaka Was spotykała?

Rodzice nic mi nie tłumaczyli, samo życie sprawiało, że byłem poza marginesem komuny. Instynktownie wiedziałem, co mam robić.

Po rozbiciu oddziału „Garbatego” Pański wujek Michał Krupa dalej walczył. Na czym polegała jego działalność w latach 50. XX wieku? Co o niej wiadomo? Jak duża to była grupa?

Po rozbiciu oddziału „Garbatego” Michał działał praktycznie sam. Ukrywał się w leśnych bunkrach, stodołach czy u dalszej rodziny, bo najbliższa rodzina była pilnie obserwowana i podsłuchiwana przez UB.

Kiedy po raz pierwszy spotkał się Pan z Michałem Krupą?

Pierwszy raz spotkałem Michała w lipcu 1957 r., w nocy na polach pomiędzy Kulną a Kuryłówką. Wtedy byłem u babci w Kuryłówce na wakacjach. Było to z niedzieli na poniedziałek. W Kuryłówce był festyn. Pamiętam, jak idąc w niedzielę na Mszę św. do kościoła w Tarnawcu z babcią i Antkiem (mężem Maryni, najmłodszej siostry mojej mamy), kombajny PGR-u kosiły zboże, a ludzie ustawiali snopki w kopy. Dyrektorem PGR-u był facet chyba o nazwisku Parobek. Na sumie ksiądz z ambony grzmiał: „Dzień święty święcić”, „Boża kara ich nie minie”. Po Mszy poszedłem z Antkiem na festyn. Wieczorem poszliśmy na „akcję”, uzbrojeni w noże w nocy poprzecinaliśmy sznurki we wszystkich snopkach. Boża kara ich nie minęła, trzy dni wiązali ręcznie snopki. W tę noc po północy spotkałem po raz pierwszy Michała. Wyglądał jak Yeti, olbrzymi, z talerzowcem na piersi, obwieszony granatami jak świąteczna choinka, z drewnianą kaburą na piętnastostrzałowy Mauzer. Antek zameldował o naszej „akcji”, Michał się tylko uśmiechnął. Spotkanie trwało nie dłużej jak pół godziny. Po przekazaniu Michałowi prowiantu, ruszyliśmy na Kuryłówkę, a Michał na Kulno. Długo nie mogłem się otrząsnąć po tym spotkaniu.

Szukając informacji o Aleksandrze Pityńskim, Pańskim ojcu, znalazłem pewną Pańską relację. „Będąc chłopcem odwiedzałem Go [Michała Krupę – przyp. KR] w jego leśnych bunkrach. Mając jedenaście lat widziałem go wolnym Partyzantem, była to zima 1958, razem z ojcem konno w siodłach, przez skutą lodem Tanew dostarczyliśmy Michałowi zaopatrzenie, lekarstwa, odprowadził nas z dwoma partyzantami konno”.

Na rok przed jego aresztowaniem odwiedziłem go z moim tatusiem. Grudzień 1958 r., konno najpierw saniami, potem w siodłach, dotarliśmy do jego bunkra w okolicy Charasiuk nad Tanwią, niedaleko Góry Gulajgowa. Przywieźliśmy prowiant, mydło, proszek na wszy i „Trybunę Ludu”. Było z nim jeszcze dwóch partyzantów. Po nieprzespanej nocy wcześnie rano odprowadzili nas konno do Tanwi, gdzie zostały sanie. Jadąc razem strzemię przy strzemieniu wzdłuż srebrzysto – białego koryta Tanwi, słońce rzucało długie nasze cienie na tafle lodu rzeki. Godzinami wpatrywałem się w tą poruszającą masę końskich nóg, szyi, głów, sylwetek w siodłach z erkaemami sterczących luf zawieszonymi na ramionach, z granatami przy pasach, z bagnetami w cholewach kawaleryjskich butów, wydłużone przez słońce sylwetki cieni jeźdźców, partyzantów, ostatnich polskich bohaterów. I wtedy poczułem się jednym z nich. Obraz ten zapadł mi głęboko w sercu, i dał ideę na monumentalną rzeźbę „Partyzanci”.

Czy są znane nazwiska lub pseudonimy współtowarzyszy „Pułkownika”? Co później się z nimi stało?

Na ostatnim spotkaniu w zimie z Michałem było dwóch ludzi, bywali z nim od czasu do czasu. Jeden był Kuba, wysoki, szczupły. Niski blondyn to był Jasiek. Nigdy ich więcej nie widziałem.

11 lutego 1959 r. w Kulnie koło Leżajska został schwytany jeden z ostatnich Żołnierzy Wyklętych – Michał Krupa.

Oficer UB, Adam Socha w swojej książce ku czci uczestnikom walk w obronie władzy ludowej – PRL „Czas gorących serc”, Krajowa Agencja Wydawnicza, Rzeszów 1984 r., w rozdziale: „Pułkownik Krupa w potrzasku”, strona 129, tak mojego wujka, Michała, opisał – fragmenty cytatów:

…Ostatni z podwładnych „Wołyniaka” – bandyckiego dowódcy… Bo „Wołyniak”, gdy grunt zaczął mu palić się pod nogami i milicja, wspólnie z żołnierzami KBW, zaczęła coraz dotkliwiej deptać mu po pietach, sam palnął sobie w łeb, zaś część ludzi z jego OL-u, korzystając z lutowej amnestii w 1947r., wyszła z podziemia, oddała broń i rozeszła się do domów, mając dość krwi, nieszczęść i poniewierki.

Tylko „Pułkownik” …wciąż nie miał dość wojaczki… Naturalnie w „imię wolności i sprawiedliwości”, przeciw „komunie i jej sługusom”… Teraz my, z milicji, byliśmy górą. …Na każdy ich atak odpowiadaliśmy kontratakiem, na każdy napad, szeroko zakrojonymi działaniami operacyjnymi…Ubywało więc ludzi w oddziale „Pułkownika”.

Ale samozwańczy herszt nie rezygnował z podjazdowej wojny przeciw władzy ludowej. Został, praktycznie rzecz biorąc, sam. I sam, w pojedynkę, jak ranny, zagoniony wilk, próbował jeszcze kąsać… Latem koczował w leśnych bunkrach, zimą krył się w podleśnych zagrodach… Zdziczał, zdziwaczał, otępiał w tej swojej wielomiesięcznej samotności.

Ale postanowił się nie poddawać, choć były amnestie i abolicje. Trwał na tym swym straconym posterunku, w leśnej, zasańskiej głuszy… Najpierw wiec nad San pojechała grupa oficerów z komendy wojewódzkiej, potem ściągnięto do Kuryłówki milicyjne posiłki ZOMO, do pomocy dodano im milicjantów z komendy powiatowej w Leżajsku i z okolicznych posterunków MO… 11 lutego (1959), gdzieś koło jedenastej, sieć okrążenia wokół zagrody w Kulnie, gdzie miał znajdować się „Pułkownik” zaciągnięta była tak szczelnie, że nawet mysz nie miała prawa stamtąd sie wyśliznąć.

…Ale wiedzieliśmy dobrze, że poszukiwany tam jest … I że wraz z nim są w środku także inni domownicy, w tym dwójka małych dzieci. Przez urządzenia nagłaśniające wezwaliśmy „Pułkownika”, by opuścił dom. Odpowiedzi nie było… Minął kwadrans… Minęło 20 minut… Mijało pół godziny… Znów przez dudniące głośno w tej lutowej ciszy urządzenia nagłaśniające, wezwaliśmy „Pułkownika” do opuszczenia domu, choć już niejeden z nas zwątpił w to, by posłuchał tego wezwania.

Bo przecież chodziła między ludźmi taka fama, iż przysięgał, że bez walki ubekom się nie podda… I właśnie wtedy powoli otworzyły sie drzwi, wyszedł przez nie, garbiąc sie w niskim przejściu, ten, który przez lata cale był postrachem leżajskiego Zasania. Gdy się wyprostował sięgał głową strzechy. Zarośnięty, olbrzymi, szedł powoli w naszą stronę…

Ale widać było, że obserwuje z uwagą rozciągniętą wokół tyralierę milicjantów, z których niejeden tylko z opowieści rodziców znał krwawego watażkę znad Sanu, a teraz miał go przed sobą w całej okazałości… Z kieszeni śmierdzącej zastarzałym potem i przesiąkniętej dymem, brudnej kurtki, wyciągnęliśmy mu pięknego zadbanego Vis-a z kompletem naboi w magazynku, a z pleców zdjęliśmy nie mniej starannie wyczyszczony pistolet maszynowy. Tak, „Pułkownik” umiał dbać o broń…

Wspomina Pan w jednej z relacji, że Michał Krupa został zdradzony, zdrajca został zlikwidowany. Jak do tego doszło?

Po aresztowaniu Michała spotkałem go w sądzie w Przemyślu. Byłem z rodzicami na rozprawie, która trwała dwa tygodnie, potem odwiedzaliśmy go we więzieniu. Od ojca dowiedziałem się, że zdrajca został zlikwidowany jeszcze przed wyjściem Michała z więzienia, na ten temat nic więcej nie wiem.

Jaki przebieg miał proces? Jaki zapadł wyrok?

Przesłuchano setkę świadków, próbowano mu przypisać różne zarzuty, których nie był sprawcą.

Trybuna Ludu z dnia 1 grudnia 1959 r. pisała: „Wyrok w procesie bandyty Michała Krupy: skazany został na karę dożywotniego wiezienia”. Życie Warszawy w artykule „Bandyta skazany”, napisało „Krupa skazany został na karę dożywotniego więzienia, na mocy amnestii z 1952 roku i 1956 roku, sąd karę zmniejszył do 15 lat więzienia”. Oczywiście przed rozprawą sądową komunistyczna prasa pisała „laurki” ku czci Michała. Nowiny Rzeszowskie, „Ostatni Mohikanin w potrzasku”, Trybuna Ludu, „Bandyta z organizacji NOW przed sądem w Rzeszowie” . Głos Polski, „Krwawy bandyta z NOW przed sądem w Przemyślu”.

Kiedy wyszedł na wolność?

Michał siedział w Strzelcach Opolskich, z więzienia wyszedł w 1965 r. Był bardzo chory, zamieszkał u nas w Ulanowie. Lubił spać w stodole na sianie, jak twierdził, to mu przypominało jego młode lata. Często wracał wspomnieniami do partyzantki.

Jak potoczyły się jego losy po wyjściu z więzienia?

Po roku ożenił się z Janiną Tarnawską z Wólki Tanewskiej. Pracował na gospodarstwie i przy budowie mostu na Sanie w Ulanowie. Codziennie przychodził do nas. Zawsze w niedzielę po sumie przychodził z żoną do nas na obiad. Odwiedzałem go na Wólce Tanewskiej, często dawał mi swoje konie pod siodło, na których jeździłem.

Kiedy zmarł? Gdzie jest pochowany?

Zmarł w Ulanowie 24 sierpnia 1972 r. mając 52 lata. Został pochowany na cmentarzu w Ulanowie, blisko pomnika powstańców styczniowych.

Czy wyrok został unieważniony?

Nie! Janina Krupa, zwróciła się do sądu w Przemyślu o unieważnienie wyroku. Po jakimś czasie zmarła. W związku z tym przewodniczący składu sędziowskiego Sądu Wojewódzkiego w Przemyślu, Wydziału II – karnego, Stanisław Sielski, sędziowie SSW Marek Byliński, delegat SSR Marta Blonarowicz, protokolant Grażyna Fedyk, przy udziale prokuratora Prokuratury Wojewódzkiej Ryszarda Gromka, 14 września 1995 r. orzekli: „W związku ze śmiercią wnioskodawczyni, jak również faktem, iż nie otrzymane informacje o osobach, które […] mogłyby poprzeć wniosek Janiny Krupy o stwierdzenie nieważności wyroku postępowanie umorzono”.

Jak by Pan scharakteryzował Michała Krupę, jednego z ostatnich Żołnierzy Niezłomnych?

Michał był wspaniałym facetem. Pisał wiersze, grał na gitarze, pięknie śpiewał. Był Polakiem, patriotą do bólu. Wysoki, dobrze zbudowany i wysportowany mężczyzna, silny i odważny, zahartowany od młodości ciężką praca fizyczną. Z erkaemu nigdy nie chybił. Dla mnie był, jest i będzie bohaterem narodu polskiego – Bóg, Honor i Ojczyzna były kompasem jego tragicznego życia.

Po prowokacji ulanowskiej wobec Pana przeniósł się Pan do Krakowa.

Dostałem się do Studium Nauczycielskiego w Krakowie. Po roku zdałem pomyślnie egzaminy wstępne na Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie, na wydział rzeźby. Ulanowa unikałem, była tam fama, że cały czas siedzę w więzieniu, a ja w tym czasie studiowałem.

W Pana biografii znalazłem informację: „Ze względu na partyzancką przeszłość najbliższej rodziny i zatargi z profesorem na uczelni nie mógł rozwijać swoich zdolności i niekwestionowanego talentu”. Czy informacje o Pańskiej Rodzinie dotarły do władz uczelni? I na czym polegały te zatargi z profesorem?

Zatargów na ASP z profesorami nie miałem, tylko na obronie dyplomu magisterskiego zaatakował mnie prof. Konieczny, bo nazwałem moją kompozycję husarza „Polska Nike”, a on zrealizował „Warszawska Nike”. Po prostu puściły mu nerwy. Doszło do wymiany ostrych zdań pomiędzy mną a Koniecznym. Dyplom zdałem z oceną – bardzo dobry (5). Fragment, który zacytowałeś, napisał Tadeusz Kumik, nauczyciel z Ulanowa, sugerując, że nigdy nie skończyłem ASP w Krakowie, po prostu przekłamany przekręt.

Po ukończeniu ASP zdałem sobie sprawę, że moje miejsce nie jest w Polsce, że moja twórczość nigdy tam nie będzie zaakceptowana. Wtedy trzeba było robić dla komuny pod ich dyktando. Postanowiłem wyjechać. Mama mi mówi: Jedź stąd synu, Polskę masz w sercu i za Polską idziesz, ale tak, jak nas niszczą, tak i ciebie zniszczą, jedź i nie wracaj. Cudem dostałem paszport, z wizą nie było problemów. 3 października 1974 r. odleciałem samolotem PANAM do USA z biletem w jedną stronę i myślą, że już nigdy nie zobaczę moich najbliższych. Bóg dał, że stało się inaczej.

Ciężko było zdobyć paszport?

Paszport dostałem w prozaiczny sposób. Gdy po raz pierwszy złożyłem wniosek o paszport, to mi wniosek odrzucono. Napisałem odwołanie i pojechałem do Stalowej Woli. Po wejściu do biura paszportowego wśród urzędników poznałem mojego kumpla z wioski obok Ulanowa. Był w stopniu kapitana. Razem graliśmy w piłkę, razem chodziliśmy do ogólniaka. Powiedział do mnie: „Mam tutaj twoje odwołanie. Dam ci szansę wyjechać, ale ty wcześniej wrócisz, niż myślisz, bo tam nie jest tak łatwo”.

Czy były próby zwerbowania Pana przez Służbę Bezpieczeństwa?

Nie było prób zwerbowania mnie do SB, były próby zniszczenia mojej kariery, dlatego wyjechałem z Polski, kto wie, może w sumie im o to chodziło.

Po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce Pański ojciec został internowany. Zagrażał „socjalistycznej ojczyźnie”?

Tatuś został internowany z paragrafu, że zagrażał Polsce Ludowej i nawoływał do zamieszek stosując groźby do władzy lokalnej. Z opowiadań kumpli z Ulanowa wiem, że przed stanem wojennym, po Mszy św. przed kościołem mówił, że jak coś się ruszy, to pół Ulanowa uzbroi.

Kiedy zmarli Pańscy Rodzice?

Tatuś, Aleksander Pityński, zmarł 16 grudnia 1994 r., mamusia, Stefania Pityńska 15 grudnia 1997 r.

Kiedy miały miejsce pierwsze odwiedziny Ojczyzny po wyjeździe?

Pierwszy raz do Polski przyjechałem po piętnastu latach, w 1989 r. Wtedy to ufundowałem i postawiłem na rynku w Ulanowie w miejscu publicznym pomnik w brązie – popiersie monumentalne Jana Pawła II, oczywiście bez zgody komunistycznych władz lokalnych.

Na obczyźnie stał się Pan światowej sławy rzeźbiarzem, stwarzając wiele monumentalnych rzeźb. Co uważa Pan za swoje największe osiągnięcie rzeźbiarskie?

Najważniejsze dla mnie jest to, że jestem monumentalistą.

Przygotowaniom odsłonięcia rzeźby „Partyzanci – I” w Bostonie towarzyszyła pewna aura konspiracyjności…

”Partyzanci I” realizowałem w latach 1979-1983. Gdy stały się sławne w prasie, były próby zatrzymania ich ustawienia w Bostonie. Dzień odsłonięcia lokalne władze nazwały Dniem Partyzantów.

Co stało się z rzeźbą „Partyzanci – I” w Bostonie?

Obecnie „Partyzanci I” stoją w Bostonie przed Muzeum Sztuki Współczesnej.

W przytoczonej powyżej Pańskiej relacji o wyprawie wraz ze swoim ojcem z żywnością do pozostającego na wolności Michały Krupy tak ją Pan podsumował: „Obraz ten zapadł mi głęboko w sercu, i dał ideę na monumentalną rzeźbę „Partyzanci”. Kogo przedstawia ta rzeźba?

Monumentalna kompozycja „Partyzanci” stanęła w Bostonie MA i w Hamilton NJ. Pomnik ten poświęciłem tym najwaleczniejszym synom Narodu Polskiego, zapomnianym przez świat. Poświęciłem go dla Michała, oddziałów: „Wołyniaka”, „Ojca Jana”, „Majki”, „Radwana”, „Mewy”, „Garbatego”, „Ponurego”, „Kotwicza”, „Hubala”, „Wierzby”, „Lisa”, „Babinicza”, „Mściciela”, „Kłosa”, „Rysia”, „Mściwego”, „Wilczura”, „Cacka”, „Drzymały”, „Harnasia”, „Ognia”, „Tarzana”, „Bohuna”, „Kudłatego”… i wielu im podobnych w oddziałach leśnych, w całej Polsce, dla bohaterów, których groby zostały wymazane z historii Polski. „Partyzantów” rzeźbiłem w 1979 r. Odsłonięcie było w 1983 r. w Bostonie. Dzień odsłonięcia senat i burmistrz Bostonu ogłosili Dniem Partyzantów. Jest on pierwszym na świecie pomnikiem Żołnierzy Wyklętych, którzy powinni się zwać Rycerzami Niezłomnymi. Zrealizowany i sfinansowany w USA, przez Amerykanów, nie przez Polonię.

„Partyzanci” to kompozycja rzeźbiarska, sfinansowana przez Sculpture Foundation i odlana w aluminium w 1980 roku w Johnson Atelier – Technicznym Instytucie Rzeźby w Princeton, NJ. Rzeźba jest o wymiarach: 10 metrów długości, 7 metrów wysokości, 4 metrów szerokości.

Kompozycja przedstawia pięciu uzbrojonych jeźdźców w szyku marszowym. Pięciu desperatów, którzy bardziej przypominają leśne widma i duchy, jak ludzi. Pięciu partyzantów, sponiewieranych, śmiertelnie zmęczonych, krwawiących w ciągłej walce, ucieczce, w potyczce, jadących na swych słaniających się z wyczerpania, wychudłych rumakach, ze spuszczonymi głowami, z własnymi myślami o tragedii Ojczyzny.

Kto się ukrywa pod sylwetkami pięciu jeźdźców?

Są to „Kula” Aleksander Pityński (mój ojciec), „Garbaty” Adam Kusz, „Majka” Stanisław Pelczar, „Pułkownik” Michał Krupa (mój wujek), „Wołyniak” Józef Zadzierski. Zbici razem, strzemię przy strzemieniu, jak wojenna maszyna, wielonogi dragon, wlokący się w bólu po nocnych leśnych bezdrożach. I tylko ich konie z wyciągniętymi sztywno szyjami, które już nic nie widzą, ale tylko węszą jak wilki i łapią w swoje rozwarte nozdrza wiatr wolności. To konie prowadza ich przez labirynty zdrady, pogardy i zapomnienia do wolnej Polski.

Tragiczni w swojej samotnej walce bez szans na zwycięstwo, zdradzeni przez świat, zapomniani przez Boga. Mimo to są pełni wewnętrznej siły walki. Walki aż do zwycięstwa. Ich wyprostowane ułańskie sylwetki w siodłach, jakby przykuci do swoich lanc gotowych w każdym momencie do szarzy na wroga.

Brakło mi w tej rzeźbie postaci młodego, jedenastoletniego chłopca… Żałuje Pan, że urodził się dopiero w 1947 roku? Że nie przynajmniej osiemnaście lat wcześniej?

Nie żałuję. Oni walczyli z bronią w ręku, ja także walczę, moją bronią jest moja sztuka, która uchroni ich od zapomnienia, stawiam im pomniki.

Pana patriotyczna działalność w Stanach Zjednoczonych nie przez wszystkich Polaków jest odbierana pozytywnie…

Nie przez wszystkich Polaków odbierana jest pozytywnie, i o to chodzi, sztuka to polityka, dlatego Niemcy i Ruscy wysadzali polskie pomniki. W Polsce są obywatele polscy, którzy nie są Polakami, którzy nas Polaków nienawidzą, nienawidzą patriotyzmu, którzy niszczą naszą wiarę, kulturę, opluwają naszych patriotów, zmieniają historię, mordują psychicznie i fizycznie Naród Polski. To oni nie odbierają mnie pozytywnie, i o to właśnie chodzi, ja wiem kim oni są i oni wiedzą, kim ja jestem.

Patrzę na to przez pryzmat trzech aspektów, polityczny, artystyczny i historyczny. Każda sztuka ma odniesienie polityczne i tak jak w polityce zwalczają się partie, tak i w sztuce konkurują ze sobą kierunki i style. Jest Prawdziwa Sztuka, oparta na talencie wizualnym, rozwijanym przez całe życie, krystalizującym Mistrza, i jest Antysztuka, antytalent, abstrakcja, oparta na filozofii międzynarodowego bolszewizmu lat dwudziestych, którego przedstawicielami byli Kandyjski, Malewicz, Pepsner, Gabo, większość „Szkoły Paryskiej”, zwerbowanych przez Trockiego dla bolszewickiej rewolucji w Rosji, dla bolszewickiej propagandy. Ich celem było zniszczyć kulturę Europy opartej na chrześcijaństwie, na kulturze Grecji, Rzymu, na kulturach narodowych. Ich eksperyment w Rosji po 1920 roku, po ich klęsce w wojnie polsko-bolszewickiej, załamał się i został zatrzymany i zniszczony przez Stalina, który przejął władzę i wybrał socrealizm w sztuce a „awangardę trockistowską” rozpędził po świecie. Kandyjski uciekł do szkoły Bauchas w Niemczech, a potem do Francji. Pepsner i Gabo dotarli do Ameryki. Trocki dostał się do Meksyku, gdzie został zamordowany na rozkaz Stalina. Tak skończyła się Antysztuka w Rosji, która dzisiaj kwitnie w Ameryce i atakuje świat. Po raz pierwszy zostałem zaatakowany w prasie w Ameryce przez Nowy Dziennik w Nowym Jorku w czasie realizacji pomnika „Katyń – 1940” dla Jersey City. W typowo bolszewickim stylu robiono prasowe nagonki w „listach do redakcji”, żeby zatrzymać budowę pomnika. W tym czasie Społeczny Komitet Katyński zbierał pieniądze wśród Polonii na pomnik katyński, a Nowy Dziennik zbierał pieniądze na Gazetę Wyborczą. Potem był atak na pomnik ks. Jerzego Popiełuszki, liderzy Kongresu Polonii w Nowym Jorku zablokowali postawienie go na Greenpoincie, w którym mieszkałem, więc postawiłem go w stolicy NJ w Trenton. W czasie postawienia pomnika „Armii Błękitnej” w Warszawie zaatakowała mnie Gazeta Wyborcza. Nic dziwnego, pomnik ten jest pierwszym pomnikiem na świecie upamiętniającym pogrom bolszewizmu. Pomnik odlany w brązie na wosk tracony z kolorową patyną jest nie do zrealizowania w tej chwili technicznie na świecie, bo odlewnia brązu Johnson Atelier już nie istnieje. Oczywiście „histerycy sztuki” Gazety Wyborczej tego nie są świadomi. Ostatnio dostało mi się za „Patriotę” w Stalowej Woli. W typowo bolszewickim stylu zaatakowała mnie Polityka z Gazetą Wyborczą. Większość moich rzeźb monumentalnych jest finansowana przez Amerykę, setki tysięcy dolarów ludzie inwestują w mój talent, w moją sztukę. To, że jestem „kontrowersyjny”, „niepokorny”, że wiem co robię, wiem kim jestem, że reprezentuję ASP w Krakowie, wydział rzeźby, którego dyplom magistra obroniłem z oceną bardzo dobry, że pracuję do dzisiaj w swoim zawodzie, uczę rzeźby ludzi z całego świata, że realizuję zamówienia pomników monumentalnych dla rzeźbiarzy z całego świata, że moje rzeźby są znane na całym świecie, że walczę nimi skutecznie o dobre imię Narodu Polskiego, przeciw zakłamywaniu historii i kultury, że manifestuję poczucie bycia polskim rzeźbiarzem, katolikiem i patriotą, dlatego jestem atakowany. Mam zasadę, że nie walczę z prasą. Obojętnie co piszą, dobrze czy źle, ważne jest że piszą, najgorsze jest przemilczanie. Dobra sztuka sama się obroni, jej orężem jest czas. Po tych, co mnie atakują dzisiaj, nawet smród nie zostanie. Pomniki są jak słupy milowe w historii narodu, milczą, lecz mówią przez wieki. Moim celem jest wycisnąć piętno polskiej monumentalnej rzeźby w sztuce światowej. Musimy tworzyć takie pomniki monumentalne, żeby inne narody wyczuły w nich temperaturę polskiej krwi, która przechodzi z pokolenia na pokolenie i jest wieczna i niezniszczalna.

Czy występował Pan do IPN o wgląd do swojej teczki, również teczki ojca, matki, wujka? Pytam w kontekście tego, jak duża była skala inwigilacji Pańskiej Rodziny już po 1956 roku?

Nigdy nie kontaktowałem się z IPN. Ale trzeba chyba to załatwić.

Jakie odznaczenia otrzymał Pański ojciec?

Wojnę skończył jako porucznik WP. Był odznaczony Medalem Wojska Polskiego trzykrotnie, Krzyżem Walecznych, Krzyżem Partyzanckim, Krzyżem AK, Odznaką Burza.

Jest Pan dumny ze swoich rodziców?

Dziękuję Bogu, że przyszedłem na świat w rodzinie partyzantów NZW, Polskich Patriotów. Uczyłem się od Nich, co znaczy „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Jestem dumny z moich Rodziców i mojej Rodziny, która walczyła o Polskę Wolną i Niepodległą, bez komuny i jej sługusów. Być Polskim Patriotą to Wielka Rzecz!

 

SŁOWNIK BIOGRAFICZNY KONSPIRACJI NA SUWALSZCZYŹNIE I AUGUSTOWSZCZYŹNIE!

940 stron, około 1800 biogramów, ponad 500 zdjęć – tak najkrócej można scharakteryzować publikację „Słownik biograficzny konspiracji niepodległościowej na Augustowszczyźnie i Suwalszczyźnie 1944-1956”. Panowie Zbigniew Kaszlej i Bartłomiej Rychlewski wykonali tytaniczną pracę przygotowując biogramy żołnierzy i działaczy konspiracji. Książkę wydała Fundacja Kwartalnika „Wyklęci”.

dr Waldemar Brenda: Dzieło imponujące rozmiarem. Ponad 1800 biogramów o różnej objętości, od kilku linijek, czasem nawet bez imienia, niekiedy tylko pseudonim, ograniczających się do lakonicznej wzmianki „członek oddziału”, po dłuższe i pełniejsze zestawienia biograficznych faktów. Wyłaniają się z tych not historie żołnierzy-członków siatki AK, AKO, WiN, partyzantów, osób wspomagających, ale także członków np. konspiracji młodzieżowej; osób zabitych, więzionych, zaginionych. Gigantyczny materiał wzbogacony ponad 500 fotografiami.

dr Kazimierz Krajewski: Bohaterowie podziemnej walki o niepodległość w regionie suwalsko-augustowskim nawet po 1989 r. w większości pozostawali postaciami zapomnianymi, w zasadzie nieznanymi dla współczesnych mieszkańców tego terenu. Praca Zbigniewa Kaszleja i Bartłomieja Rychlewskiego nareszcie nadrabia dziesięciolecia zapomnienia i wypełnia dotkliwą lukę w opisie niepodległościowego wysiłku mieszkańców Ziemi Suwalsko-Augustowskiej.

 

Książkę można nabyć TUTAJ.

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Wikipedia, wolna  encyklopedia

 

Apel Żołnierzy Wyklętych i ich Rodzin z poparciem dla Andrzeja Dudy

Polacy po raz kolejny stanęli przed wyborem, kto przez najbliższe pięć lat sprawować będzie zaszczytny urząd głowy państwa – uosobienie majestatu Rzeczpospolitej, gwaranta ciągłości Państwa Polskiego.

Jako uczestnicy walk o niepodległość, a także rodziny Wyklętych-Niezłomnych – żołnierzy powojennego podziemia niepodległościowego – jesteśmy przekonani, że osobą, która będzie w stanie godnie reprezentować nasz kraj na arenie międzynarodowej, a także zadba o niepodległościową politykę historyczną pozbawioną „pedagogiki wstydu” i pokazującą dumne tradycje Narodu Polskiego, jest Prezydent RP Andrzej Duda. Panie Prezydencie, ma Pan nasze poparcie!

Apelujemy do Rodaków w kraju i na emigracji, szczególnie do osób identyfikujących się jako patrioci i niepodległościowcy, o oddanie głosu na Andrzeja Dudę.

Mjr Stanisław Szuro ps. „Zamorski”,

Mjr Janusz Kamocki ps. „Mamut”,

Kpt. Wacław Szacoń ps. „Czarny”,

Zofia Pilecka-Optułowicz, córka rtm. Witolda Pileckiego,

Marek Franczak, syn sierż. Józefa Franczaka ps. „Laluś”,

Zbigniew Kuraś, syn mjr. Józefa Kurasia ps. „Ogień”,

Alicja Flame-Reinhard, córka kpt. Henryka Flamego ps. „Bartek”,

Tadeusz Płużański, syn Tadeusza Płużańskiego ps. „Tadeusz Radwan”,

Krzysztof Bukowski, syn por. Edmunda Bukowskiego ps. „Zbyszek”,

Andrzej Stryjewski, syn sierż. Wiktora Stryjewskiego ps. „Cacko”,

Maciej Chojecki, syn chor. Antoniego Chojeckiego ps. „Ślepowron”,

Bożena Przybyłowska, córka por. Jana Przybyłowskiego ps. „Onufry”,

Jadwiga Martynowa, córka kpt. Józefa Ostafina,

Dariusz Pilarski, wnuk płk. Mariana Pilarskiego ps. „Jar”,

Zbigniew Człowiekowski, syn Kazimierza Człowiekowskiego ps. „Niemsta”,

Barbara Rej, córka Kazimierza Człowiekowskiego ps. „Niemsta”,

Maria Wanat, córka Kazimierza Człowiekowskiego ps. „Niemsta”,

Ewa Bizior, synowa kpt. Stanisława Biziora ps. „Eam”,

Cezary Franczak, wnuk sierż. Józefa Franczaka ps. „Laluś”,

Michał Franczak, wnuk sierż. Józefa Franczaka ps. „Laluś”,

Maria Fróg-Pilch, krewna kpt. Gracjana Fróga ps. „Szczerbiec”,

Alfreda Albrecht, siostra szer. Mieczysława Szewczuka ps. „Włoch”,

Adam Pyś, bratanek ppor. Józefa Pysia ps. „Ostry”,

Elżbieta Pyś, bratanica ppor. Józefa Pysia ps. „Ostry”.

Jan Hadam, syn ppor. Jana Hadama ps. „Agrest” ,

Kazimierz Hadam, wnuk ppor. Jana Hadama ps. „Agrest” ,

Jan Kmiołek, bratanek Jana Kmiołka ps. „Wir” i Franciszka Kmiołka ps. „Bogdan”,

Gabriel Kubacki, syn Józefa Kubackiego ps. „Wicher”,

Witold Kubacki, syn Józefa Kubackiego ps. „Wicher”,

Dariusz Żurek, syn Jana Żurka ps. „Groźny”,

Wacława Pilarska, synowa płk. Mariana Pilarskiego ps. „Jar”,

Henryka Gruszka, córka st. sierż. Tadeusza Przewoźnika ps. „Kuba”,

Aleksandra Moroń, córka st. sierż. Tadeusza Przewoźnika ps. „Kuba”,

Ewa Wcisło, córka ppor. Rajmunda Ptaka ps. „Boruta”,

Jolanta Kaniowska, rodzina szer. Mieczysława Szewczuka ps. „Włoch”,

Waldemar Kaniowski, rodzina szer. Mieczysława Szewczuka ps. „Włoch”,

Anna Koper, rodzina szer. Mieczysława Szewczuka ps. „Włoch”,

Ewa Czrtkowska, rodzina szer. Mieczysława Szewczuka ps. „Włoch”,

Radosław Czartkowski, rodzina szer. Mieczysława Szewczuka ps. „Włoch”,

Ireneusz Czartkowski, rodzina szer. Mieczysława Szewczuka ps. „Włoch”,

Andrzej Hulanicki, wnuk sierż. Ludwika Rogalskiego ps. „Kanciarz” ,

Adolf Stachyra, syn Andrzeja Stachyry ps. „Saturnin” ,

Krystyna Stachyra, synowa Andrzeja Stachyry ps. „Saturnin”,

Jan Suchora, syn Seweryna Suchory ps. „Pilot”,

Jadwiga Mazurek, wnuczka stryjeczna kpt. Romana Szumskiego vel Szczur ps. „Urszula”.

Zestawy kwartalnika i książek dla miasta i gminy Łask

W piątek 25 maja 2018 r. w Łasku odbyło się nieodpłatne przekazanie trzynastu zestawów Kwartalnika „Wyklęci”, książek z tematyki Żołnierzy Wyklętych oraz zeszytów szkolnych ufundowanych przez Fundację Kwartalnika „Wyklęci” dla jedenastu placówek szkolnych i bibliotecznych z terenu miasta i gminy. Kajetan Rajski, redaktor naczelny czasopisma, przekazał zestawy przedstawicielom lokalnego stowarzyszenia patriotycznego. W ciągu dnia odbyły się również dwa spotkania z młodzieżą szkolną poświęcone najnowszej historii Polski.

Zestawy zostały przekazane do następujących placówek:

1. I Liceum Ogólnokształcące, ul. Mickiewicza 1, 98-100 Łask.

2. Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych Nr 1, ul. 9 Maja 28, 98-100 Łask.

3. Zespół Szkół Mundurowo-Technicznych, Ostrów 55, 98-100 Łask.

4. Zespół Szkół Ogólnokształcących, ul. Toruńska 1, 98-100 Łask-Kolumna.

5. Biblioteka Publiczna, ul. 9 Maja 6, 98-100 Łask.

6. Filia Biblioteczna, Wrzeszczewice 14, 98-100 Łask.

7. Filia Biblioteczna, Bałucz 32, 98-100 Łask.

8. Gminna Publiczna Biblioteka, ul. Szkolna 1, 98-113 Buczek.

9. Gminna Biblioteka Publiczna, ul. Wieluńska 7, 98-160 Sędziejowice.

10. Biblioteka Publiczna, ul. Mickiewicza 22-24, 98-170 Widawa.

11. Gminna Biblioteka Publiczna, ul. Łaska 39, 98-105 Kwiatkowice.

12. Gminna Biblioteka Publiczna, ul. Witosa 1a, 95-082 Dobroń.

13. Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy, pl. Dąbrowskiego 9, 97-425 Zelów.

————————————-

Zachęcamy do wsparcia finansowego projektów społeczno-edukacyjnych Fundacji Kwartalnika Wyklęci: http://kwartalnikwykleci.pl/

Numer konta: Fundacja Kwartalnika Wyklęci 88 1090 1665 0000 0001 3568 8244 (z dopiskiem: darowizna na cele statutowe).

Tomik wierszy Mariusza Soleckiego wydany nakładem Fundacji Kwartalnika „Wyklęci”

 

 

Solecki nie należy do pokolenia najmłodszych poetów, nie należy do urodzonych w czasie wojny, którzy walczyli z bronią w ręku i krwią płacili za wolność Polski. Los narzucił mu rolę łącznika pokoleń, słowo „łącznik” nieprzypadkowo kojarzy się z walczącymi oddziałami.

Poezję Soleckiego cechuje rzetelny warsztat, czasem reportażowa oszczędność słów. Za obrazami wierszy kryje się pojmowanie narodu jako wspólnoty żywych i umarłych, jako rodziny rodzin. Dlatego w tej poezji przeszłość trwa, a historia rodzinna wpisuje się w historię narodu.

Bohdan Urbankowski

 

Autor: Mariusz Solecki

Rok wydania: 2018

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 56

Format: 120 x 192

Numer ISBN: 978-83-950453-1-8

Do nabycia: http://wydawnictwomiles.pl/produkt/pod-ochrona-pamieci/

 

Uroczystość „Wolnych ludzi nic nie złamie!” 9 lutego 2018 r.

Karolina Chwist

„Wolnych ludzi nic nie złamie!”

II Gala Kwartalnika „Wyklęci”

 

W dniu 9 lutego w Muzeum Armii Krajowej w Krakowie na drugiej gali Kwartalnika „Wyklęci”, wokół myśli przewodniej „Wolnych ludzi nic nie złamie!”, zgromadzili się Kombatanci, rodziny Żołnierzy Wyklętych oraz liczne krajowe delegacje środowisk patriotycznych. Patronem tegorocznego wydarzenia został pułkownik Łukasz Ciepliński„Pług” – zamordowany 1 marca 1951 r. prezes IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”.

Podniosłym rozpoczęciem uroczystości było wprowadzenie Żołnierzy Wyklętych – płk. Tadeusza Bieńkowicza ps. „Rączy”, mjr. Stanisława Szuro ps. „Zamorski”, por. Wacława Szaconia ps. „Czarny” i Krystyny Jakimek przez żołnierzy 3. Podkarpackiej Brygady Obrony Terytorialnej, od 1 marca 2017 r. noszącej imię płk. Łukasza Cieplińskiego.

(fot. Marcin Niewalda)

(fot. Marcin Niewalda)

(fot. Marcin Niewalda)

(fot. Marcin Niewalda)

Po wspólnym odśpiewaniu strof hymnu narodowego nastąpił moment szczególnej refleksji – po raz pierwszy w trakcie spotkania aktor Dariusz Kowalski odczytał grypsy płk. Cieplińskiego, przekaz z celi śmierci w którym troska o sprawy narodowe i zachowanie wiary świętej splata się z czułą myślą o osobach najbliższych – żonie Jadwidze, „Wisi” i synu Andrzeju. „Modlę się do Boga i do Was żalę tak samo. Byłem Wisiu z Tobą bardzo szczęśliwy. (…) Wierzę bardziej niż kiedykolwiek, że Chrystus zwycięży, Polska niepodległość odzyska, a pohańbiona godność ludzka zostanie przywrócona (…) ostatnie chwile myślami będę tylko z Wami moje sieroty ukochane, żal mi tylko Was”– wybrzmiały słowa pułkownika Łukasza Cieplińskiego.

(fot. Jan Lorek)

Honorową pieczę nad galą objął Instytut Pamięci Narodowej, reprezentowany przez profesora Krzysztofa Szwagrzyka. W trakcie słowa skierowanego do zgromadzonych profesor odwołał się do misji Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN, zwracając się do obecnych na sali Żołnierzy Wyklętych podkreślił: „tak jak wy, przed laty spełniliście swój obowiązek wobec Rzeczypospolitej, tak teraz Państwo Polskie stara się spełnić obowiązek wobec Was, a także wobec Waszych kolegów, którym nie dane było przeżyć”.

(fot. Marcin Niewalda)

W realizację wskazanego obowiązku włącza się dzisiaj wiele instytucji i osób prywatnych. Jednym z celów lutowej gali było wyróżnienie tych, którzy swoją pracą służą zachowaniu narodowej pamięci. W trakcie uroczystości wręczono medale „Pro Patria”, tytuły „Przyjaciela Kwartalnika Wyklęci” oraz nagrody imienia dwóch Żołnierzy Wyklętych – Michała Krupy „Wierzby” i sierżanta Józefa Franczaka „Lalusia”.

Medal „Pro Patria”, przyznawany przez współorganizatora gali – Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych „w uznaniu szczególnych zasług w kultywowaniu pamięci o walce o niepodległość Ojczyzny” zawisł na piersi Żołnierzy Wyklętych – mjr. Stanisława Szuro i por. Wacława Szaconia. Przekazując gratulacje wyróżnionym Kombatantom minister Jan Kasprzyk powiedział: „to jest nasz wyraz wdzięczności za to, że nie zabrakło panom wtedy tych trzech cnót, które kształtują od wieków Rzeczpospolitą i naszą cywilizację łacińską, że nie zabrakło Wam wtedy, kiedy powiedzieliście »nie« zniewoleniu komunistycznemu – wiary, nadziei i miłości”.

Wśród odznaczonych przez szefa UdSKiOR znaleźli się także przedstawiciele młodszego pokolenia: Cezary Franczak – wnuk sierż. Józefa Franczaka „Lalusia”, Izabella Bukowska, Andrzej Chmielewski, Jadwiga Klimonda, Gabriel Kubacki oraz Maria Wanat. „To dla mnie wielki honor i zaszczyt – zwrócił się ponownie do uhonorowanych minister Kasprzyk – wręczać medale »Pro Patria« kilku pokoleniom rodaków, którzy przenoszą pamięć o Żołnierzach Wyklętych, jako źródło wartości”.

(fot. Marcin Niewalda)

Kolejne wyróżnienie – tytuł „Przyjaciela Kwartalnika Wyklęci”, zostało wręczone przez redaktora naczelnego Kajetana Rajskiego dziewięciu osobom, które swoją pomocą przyczyniają się do rozwoju kwartalnika. Do tegorocznego grona nagrodzonych należą: Wojciech Buczak (poseł na Sejm RP), Dawid Chrobak (burmistrz Miasta i Gminy Zakliczyn), Marek Franczak i Krzysztof Bukowski (aktywnie działający synowie Żołnierzy Wyklętych), Jacek Gierwatowski (walczący o pamięć Żołnierzy Wyklętych w Elblągu), Małgorzata Janiec (Prezes Obszaru Południowego Stowarzyszenia Społeczno-Kombatanckiego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość), Przemysław Wierzba (dyrektor Agencji Mienia Wojskowego w Krakowie), ks. dr Leszek Pachuta i Marta Żurawiecka (przedstawiciele Wydawnictwa Diecezjalnego i Drukarni w Sandomierzu, współpracującego z Wydawnictwem Miles).

(fot. Marcin Niewalda)

Przyjaciele i redakcja Kwartalnika „Wyklęci” – jak zaznaczył w swoim przemówieniu Kajetan Rajski – swoim działaniem wpisują się w idee pracy organicznej, zakładając jednocześnie romantyzm celów. Ich zadaniem jest kontynuacja misji rozpoczętej za czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego i prezesury Janusza Kurtyki – dwóch kluczowych postaci dla przywracania i kultywowania pamięci o bohaterach antykomunistycznego podziemia.

Redaktor naczelny Kwartalnika nawoływał do nieustannej uważności i troski o prawidłową ocenę dziejowych wypadków. „Od 2015 roku może nieco przysnęliśmy – mówił – może zapomnieliśmy, że trzeba o prawdę historyczną się upominać i może nasza frekwencja na uroczystościach nieco spadła, ale ostatnie tygodnie bardzo brutalnie nam przypominały, że walka o prawdę historyczną ma nie tylko wewnętrzny, lecz także międzynarodowy kontekst. W błędzie są ci, który twierdzili, że historia nie ma znaczenia”.

Od roku 2017 osobom szczególnie oddanym sprawie historycznej w trakcie gali Kwartalnika „Wyklęci” przyznawane są kolejne dwie nagrody– Nagroda im. sierż. Józefa Franczaka „Lalusia” za „wybitne osiągnięcia w przywracaniu Polakom pamięci o bohaterach powojennej Polski – Żołnierzach Wyklętych”, której fundatorem jest Wydawnictwo Miles i Fundacja Kwartalnika „Wyklęci”oraz Nagroda im. Michała Krupy „Wierzby”, ufundowana przez patriotycznego rzeźbiarza Andrzeja Pityńskiego, siostrzeńca Michała Krupy, w uznaniu osiągnięć „na niwie artystycznej w propagowaniu pamięci Żołnierzy Wyklętych”.

Decyzją kapituły laureatem Nagrody im. Józefa Franczaka Anno Domini 2018 został Tadeusz Płużański, historyk i publicysta, syn Niezłomnego Tadeusza Ludwika Płużańskiego.

(fot. Jan Lorek)

„Staram się docierać do żyjących oprawców, docierać do prawdy, mówić o bohaterach i zdrajcach (…) tak chciałby mój ojciec” – podkreślił Płużański. Nagrodę Michała Krupy otrzymał natomiast Konrad Łęcki, reżyser m.in. filmu „Wyklęty”. Laudację na cześć nagrodzonych wygłosili prof. Tomasz Panfil i ks. Jarosław Wąsowicz SDB.

(fot. Marcin Niewalda)

(fot. Marcin Niewalda)

Uroczystość „Wolnych ludzi nic nie złamie” obfitowała w inne jeszcze, patriotyczne punkty programu, które zaskoczyły zgromadzonych swoją różnorodnością. Organizatorzy zaplanowali bowiem kilka paneli tematycznych.

Pierwsza rozmowa, przeprowadzona przez Kajetana Rajskiego z Zofią Mardułą-Sobałą (de domo Zwijacz) przypomniała „historię jednego zdjęcia” opisaną w nr 2(6)/2017 Kwartalnika „Wyklęci”. Dzięki fotografii zamieszczonej w grudniu 2015 r. w społecznościowym profilu Kwartalnika, udało się rozpoznać zamieszczone na niej osoby w strojach góralskich – kilkuletnią wówczas Zofię z rodzicami w towarzystwie mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” i Lidii Lwow. Rodzina Zwijaczów ukrywała majora wraz z narzeczoną zimą 1947/1948, jak wspomina rozmówczyni, pomagając mimo własnych trudności, w oparciu o wartości katolickie.

Represje reżimu sowieckiego nie ominęły rodziny Zwijaczów – ojciec Zofii, Jan Zwijacz zmarł w skutek choroby wywołanej pobytem w więzieniu przy ul. Montelupich w Krakowie. Jak zapewnił obecnych Kajetan Rajski, w najbliższym czasie Kwartalnik „Wyklęci” złoży wniosek o odznaczenie Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski ś.p. Jana Zwijacza.

(fot. Marcin Niewalda)

Wśród świadków historii, którzy podzielili się osobistym wspomnieniem w trakcie uroczystości, byli również Magdalena Kuińska i Jerzy Klus – żona oraz przyjaciel z dzieciństwa Andrzeja Cieplińskiego, syna Jadwigi i Łukasza Cieplińskich. „Andrzej był bardzo pogodny – wspominała żona – nie obnosił się z chwilami trudnymi. (…) żyliśmy tak, aby mamie [wdowie po płk. Łukaszu Cieplińskim] zapewnić spokój i w miarę dobry humor”. O dobry humor troszczył się szczególnie Andrzej, który miał zdolności teatralne, należał także do kółka kabaretowego. „Starał się – relacjonowała Magdalena – aby mama wyszła z marazmu, szukał jej nawet fikcyjnych zajęć”.

Wspólne życie małżonków, otaczających troską wdowę po Żołnierzu Wyklętym, przerwała wczesna śmierć Andrzeja, poprzedzona ciężką chorobą. Po pewnym czasie Magdalena ponownie wyszła za mąż, za zgodą Jadwigi Cieplińskiej, którą wspierała do ostatnich chwil życia. Rozmowę o losach osieroconej rodziny Cieplińskich przeprowadziła Elżbieta Jakimek-Zapart, pracownik IPN, córka Kazimierza Jakimka ps. „Marek”.

(fot. Jan Lorek)

„W więziennej celi, marzę o szczęścia bieli, promienie słońca w niebie lśnią w nich widzę Wisię swą (…)” – wplatały się w narracje wspomnieniowe grypsy płk. Łukasza Cieplińskiego. „Sercem, myślami jestem zawsze z Wami (…) odmawiając codziennie różaniec wydaje mi się, że słyszę Twoje i Andrzejka odpowiedzi. (…) Siedzę z oficerem gestapo, oni otrzymują listy, ja nie, a tak bardzo chciałbym otrzymać parę słów Twoją ręką napisanych i ten ból składam na rękach Boga i Polski”.

Oddanie płk. Łukasza Cieplińskiego sprawie narodowej, wypełnienie obowiązków wobec Boga i Ojczyzny zaczyna być dzisiaj należycie doceniane, co potwierdzili goście kolejnego panelu – poseł na Sejm RP Wojciech Buczak (wyróżniony w trakcie gali tytułem Przyjaciela Kwartalnika Wyklęci), inicjator budowy pomnika płk. Łukasza Cieplińskiego w Rzeszowie, a także płk Arkadiusz Mikołajczyk, dowódca 3. Podkarpackiej Brygady Obrony Terytorialnej noszącej imię płk. Łukasza Cieplińskiego. „Przede wszystkim jesteśmy dumni z jego postawy – odniósł się do wyboru patrona jednostki płk Mikołajczyk – (…) płk Ciepliński będzie dodawał ducha moim żołnierzom i zawsze kiedy pomyślimy o jego drodze będziemy bardziej sumiennie wykonywać pracę dla Rzeczypospolitej”. Z rąk dowódcy Kajetan Rajski otrzymał wyróżnienie – ryngraf 3. Podkarpackiej Brygady Obrony Terytorialnej.

(fot. Marcin Niewalda)

Warto nadmienić, że wraz z płk. Mikołajczykiem na uroczystość przybyło dwudziestu pięciu żołnierzy WOT. Obecny był także płk Krzysztof Goncerz, dowódca formowanej 11. Małopolskiej Brygady Obrony Terytorialnej.

Nie mogło zabraknąć na uroczystej gali, współorganizowanej przez Wydawnictwo Miles, rozmowy o najnowszych publikacjach ukazujących się jego nakładem. Oprócz refleksji historycznej wokół Z otchłani niepamięci Roberta Radzika oraz Śmiertelni. Historia oparta na faktach Tomasza Greniucha swoją premierę miała książka Grzegorza Panka Motocyklem w poszukiwaniu idei – zapis motocyklowych wyjazdów autora do miejsc pamięci związanych z żołnierzami stawiającymi opór niemieckiej i sowieckiej okupacji.

(fot. Marcin Niewalda)

Krótką prezentacje miały również jednostki Muzealne. Dr Marek Szymaniak, kierownik działu naukowego Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, przywołując korespondujące z tematem uroczystości słowa śp. prezesa Janusza Kurtyki „jesteśmy ludźmi wolnymi, więc zachowujmy się, jak ludzie wolni, a nie jak niewolnicy”, zapewnił zgromadzonych o ich realizacji poprzez wprowadzenie zmian w dotychczasowej ekspozycji. Do najważniejszych prac będzie należała zmiana koncepcji wystawy głównej poprzez m.in. zapewnienie godnej prezentacji postaci rtm. Witolda Pileckiego (zajmującej do tej pory miejsce marginalne) oraz wprowadzenie wątku martyrologii duchowieństwa polskiego ze szczególnym upamiętnieniem o. Maksymiliana Mari Kolbe. Zniesiona zostanie również niejednoznaczna nazwa „Wyzwolenie”, która do tej pory określała część wystawy poświęconej podziemiu niepodległościowemu.

O aktualnych postępach nad budową Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce poinformował natomiast dyrektor placówki Jacek Karczewski. Po prezentacji kompleksu muzealnego w jego obecnej formie dyrektor wyraził nadzieje, że „te mury zostaną wypełnione również przesłaniem” i zwrócił się z apelem o nadsyłanie pamiątek i wspomnień dotyczących Żołnierzy Wyklętych.

Sponsorami wydarzenia była Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Krakowie oraz Oddział Agencji Mienia Wojskowego w Krakowie.

Do uczestników uroczystości swoje listy skierowali metropolita krakowski ks. abp Marek Jędraszewski oraz Wicepremier, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Jarosław Gowin.

 

Uwieńczeniem patriotycznego wieczoru w Muzeum Armii Krajowej był koncert Leszka Czajkowskiego i Pawła Piekarczyka. W repertuarze pieśni wyklętej szczególne miejsce zajął utwór „Żołnierzom Wyklętym”, zadedykowany Kajetanowi Rajskiemu. „Zanim ostatni pójdzie z was – brzmiały słowa pieśni – W niebieskiej partyzantce służyć/Wszyscy staniemy jeszcze raz/Może historia się powtórzy. Wystawę oto macie dziś/Skoro najlepszą bronią pamięć/I groźna tej wystawy myśl/Że wolnych ludzi nic nie złamie”.

(fot. Marcin Niewalda)

(fot. Marcin Niewalda)

(fot. Marcin Niewalda)

Kajetan Rajski – Ostatnia noc kaprala „Wojtusia”

Kajetan Rajski

Ostatnia noc kaprala „Wojtusia”

 

Był 5 września 1946 roku. Pomimo trwającego jeszcze kalendarzowego lata wieczór zapowiadał zbliżającą się coraz intensywniej jesienną aurę. Temperatura drastycznie spadała, liście stopniowo przybierały żółtawy odcień, rześkie i mgliste poranki odrzucały porannych przechodniów swoim chłodem.

W jednym z wybudowanych przed II wojną światową domów w podtarnowskich Mościcach pomimo wszechogarniającej nocy tliła się mała lampa naftowa. Przy prostym drewnianym stole w kuchni siedziało czterech mężczyzn leniwie ćmiąc niedopałki papierosów. Mieli na sobie skórzane kurtki, w okolicach lędźwi nienaturalnie wybrzuszone zatkniętymi za pasy kawałkami metalu. Spracowane dłonie wskazywały na robotników. „Robotę” mieli w miejscowych zakładach azotowych, przedwojennym oczku w głowie prezydenta Ignacego Mościckiego. Choć fabryka przygotowywała się dopiero do wznowienia produkcji, już wtedy potrzebni byli pracownicy rozruszający maszyny i porządkujący teren. Jeden z mężczyzn, łysiejący blondyn około trzydziestki, powolnym ruchem odkorkował kolejną butelkę pędzonego nieopodal bimbru i porozlewał do szklanek.

– Musiałeś, „Wojtuś”, wyłożyć stół tym gównem? Śledzie przejdą smrodem i nie będzie się dało ich żreć – najstarszy z mężczyzn, plutonowy Jan Jandziś „Sosna”, wskazał leżące na stole stronice „Głosu Ludu”, na których bezpośrednio ułożone były płaty solonych ryb.

– Jak ci się nie podoba, to zmień lokal! Może na Krakowską, do jakiejś „ekskluziw” knajpy byś poszedł wpieprzać po pańsku?! My proste chłopy jesteśmy, co nie, „Świt”? – odpowiedział zadziornie swojemu dowódcy kapral Wojciech Rajski „Wojtuś”, zakąszając po wypitym toaście. Kapral Roman Śledź „Świt” milcząco potakiwał głową walcząc w swoich nozdrzach z intensywnym zapachem drożdży.

Plut. Jan Jandziś ps. „Sosna”, arch. IPN

– A ty żeś teraz powiedział, „Wojtuś”, jakbyś z jakiego pepeeru był. Co z tego, że „Sosna” chce zjeść i napić się po ludzku, a nie w twojej melinie? – wypalił Augustyn Kurek „Krzak”. – I na Krakowskiej byśmy pili gdyby nie to, że po rozwaleniu Świątka trochę osób nas może rozpoznać – dodał odpalając kolejnego papierosa.

– Należało się skurwysynowi za tych chłopaczków co sobie organizację założyli. Nie ich wina, że nie mieli pojęcia jak się konspirację robi – z lodowatym błyskiem w oku odpowiedział „Wojtuś”.

– I za „Lawinę” też mu się należało. Nikt tak jak „Lawina” nie potrafił zorganizować nam melin i żarcia jeszcze za Niemca, jak było nas tak wielu – dodał milczący dotąd „Świt”.

***

Akcja z 28 marca 1946 roku odbiła się szerokim echem nie tylko w Tarnowie. Pomimo zakrojonych na masową skalę poszukiwań nie udało się schwytać likwidatorów ppor. Juliana Świątka, dwudziestoletniego zastępcy szefa tarnowskiego Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Wiadomo było jedynie, że egzekucja została dokonana przez podziemie. Świątek w prowadzonych przezeń śledztwach wykazywał się wyjątkową brutalnością, nawet jak na funkcjonariusza UB. W lutym 1946 roku podlegli mu oficerowie aresztowali kilkoro członków młodzieżowej organizacji pod nazwą „Związek Obrońców Ojczyzny”. Szesnastolatkowie i niewiele od nich starsi koledzy byli nieludzko katowani przez tarnowskie bestie z orzełkiem bez korony. Świątek zajmował się rozpracowywaniem winowskiego podziemia. Praca ta szła mu coraz lepiej, na swojej liście proskrypcyjnej miał stale rosnącą grupę osób do odstrzału. Nie wszyscy z nich byli związani z powojennym podziemiem. Wśród nich znalazł się były kwatermistrz batalionu AK „Barbara” st. wachm. Władysław Łado-Zatorski „Lawina”, zastrzelony 1 września 1945 roku z ręki Świątka. Tak wydarzenie to zostało zrelacjonowane w jednym z winowskich raportów: „Łado przez 5 lat ukrywał się przed Gestapem, a zastrzelono go dlatego że wiedziano o nim że należał do AK. Zastrzelono go bezbronnego i w mieszkaniu. Milicjanci UB byli pijani i zachowywali się jak horda Tatarów. Ojczyma zamordowanego Zatorskiego Franciszka starca niedołężnego, mającego lat 98 powstańca z 63 r. który leżał w łóżku wyrzucono w bieliźnie do sieni i porzucono w kącie”.

Od lewej: Michał Korga – szef PUBP w Tarnowie, Julian Świątek – zastępca szefa, Lew Sobolew – sowiecki „doradca”, arch. IPN

Decyzja kierownictwa WiN w Tarnowie mogła być tylko jedna. Podporucznik Władysław Kowal „Sanecki”, kierownik Rady WiN Tarnów, wydał rozkaz grupie pod dowództwem Jana Jandzisia „Sosny” likwidacji groźnego ubeka. „Sosna” akcję zaplanował, „Krzak” oddał dwa lub trzy celne strzały, „Świt” zabrał dokumenty i pas z parabelką, „Wojtuś” pozostawał w ubezpieczeniu akcji.

***

– „Wojtuś” polewaj, a ja powiem co przed nami – zakomenderował swojemu zastępcy „Sosna”. Jandziś był od swoich żołnierzy około piętnaście lat starszy. Wszyscy oni wywodzili się z 2. kompanii „Ewa” batalionu „Barbara” 16. pp AK i pod dowództwem kapitana Eugeniusza Borowskiego „Leliwy” przeszli wraz z jednostką cały szlak bojowy aż do bitwy na wzgórzu w Jamnej. – Organizacja wymaga pieniędzy – kontynuował dowódca. – „Góra” potrzebuje forsy, a ta topnieje jak lód. Po tym, jak upomnieliśmy kilku pepeerowców spuszczając im lanie i zabierając pieniądze, z jednej strony pomogliśmy dowództwu, z drugiej za bardzo się zdekonspirowaliśmy. No i sprawa tego Żyda w Szczepanowicach, którego w lipcu „Wojtuś” odstrzeliłeś… – Jandziś spojrzał wymownie na Rajskiego. Wiedział doskonale, że wykonywanie egzekucji na bezbronnych cywilach odbijało się na psychice jego podkomendnych.

Henryk Blatt – bo tak nazywał się ów Żyd – nie zginął jednak ze względu na swoją narodowość. Przed wojną był koniokradem, jakimś cudem przeżył okupację niemiecką, po wkroczeniu sowietów został konfidentem UB. Donosił na ludzi, którzy mieli cokolwiek wspólnego z Armią Krajową czy WiN-em. Miejscowy proboszcz dał znać tarnowskiemu dowództwu o szkodliwej działalności Blatta. Na akcję poszedł „Sosna”, Rajski, Kurek i jeszcze dwóch członków organizacji. Przed Szczepanowicami ciągnęli zapałki kto wykona wyrok – najkrótszą wylosował Rajski. Po wejściu do domu Blatta i – jak podają ubeckie dokumenty – „sterroryzowaniu domowników”, wyprowadzili konfidenta na szosę i w odległości kilometra od jego domu kapral Wojciech Rajski dokonał egzekucji strzelając Blattowi trzykrotnie w głowę.

– Nie przypominaj mi tego – wzdrygnął się z obrzydzeniem „Wojtuś”. – Co innego wychłostać wyciorem w gołą dupę jakiegoś czerwonego skurwiela, a co innego iść z nim kilometr i później mu strzelać w łeb – dodał Rajski wycierając dłoń o dłoń, tak jakby chciał pozbyć się niewidzialnych śladów krwi na rękach.

– Trzeba tak było, „góra” kazała – Jandziś uciął dywagacje Rajskiego. – Jakoś nie miałeś tego typu problemów jak zrobiliśmy z ciężarówki tego sowieta – zaśmiał się „Sosna”.

– To było co innego – zaoponował Rajski. – Miał broń, wzięliśmy go fortelem na drodze z Wojnicza do Brzeska, później się ciężarówkę opyliło i było sześćdziesiąt dolców dla „góry”.

– Tak mu trzasnąłeś „Wojtuś” w łeb, że trzeba było z jego sowieckiej juchy ciężarówkę myć – ironicznie skwitował sprawę „Krzak”. – Poza tym polej jeszcze, nie żałuj.

– Dobra, to za nami – zakończył wspominki Jandziś. – Niedawno w Tarnowie była odprawa szych z Krakowa. Dowództwo dało dwa trudne zadania. Jedno – skok na kasę. Drugie – kolejna egzekucja.

– Fiu fiu! A kogo tym razem trzeba rąbnąć? – spytał z zainteresowaniem Augustyn Kurek.

– Jeden sowiet strasznie nam bruździ. Schwytał ostatnio jakiegoś chłopaka z NSZ, kazał mu polewać stopy benzyną i je podpalał. Ponoć chłopak okropnie sypie, w tym naszych – wyjaśniał „Sosna”.

– Dziwisz mu się? – zapytał małomówny „Świt”. – Każdy by sypał, my też – powiedział patrząc z zamyśleniem na kolejną szklankę bimbru. Śledź źle się czuł w podziemiu, w którym znalazł się nieco przez przypadek i ze względu na towarzyskie zobowiązania. Należał do Polskiej Partii Socjalistycznej i wiele reform dokonywanych przez „władzę ludową” zwyczajnie mu się podobało.

Kpr. Roman Śledź ps. „Świt”, arch. IPN

W lokalu Rajskiego zapanowało milczenie. Każdy z winowców zastanawiał się, jak zachowałby się w sytuacji aresztowania i tortur. Wieści z tarnowskiego Urzędu Bezpieczeństwa napawały grozą. Zrywanie paznokci należało do normy, podobnie miażdżenie genitaliów podkutym butem czy sadzanie na odwróconym taborecie. Do Mościc dotarły wieści o rozbiciu przez „Ognia” więzienia św. Michała w Krakowie, wśród uwolnionych byli także winowcy, którzy opowiadali o bestialstwie ubeków. Wielu z nich mówiło z wyraźnym rosyjskim akcentem, niektórzy nie kryli się nawet z tym, że byli enkawudzistami odkomenderowanymi do szkolenia „mołojców z polskiego NKWD”. Los aresztowanych był przerażający.

– Wypijmy. Za tych, których teraz leją – przerwał ciszę Rajski. – Jak zginąć, to tylko w walce. Przynajmniej szybka śmierć i taka… honorowa – spełniając toast dodał „Wojtuś”. Przez moment przemknęło mu przez myśl: „A co, jeśli już niedługo i ja dołączę do umrzyków? Teraz, gdy pojawiła się Helena, gdy chcę z tym skończyć, wyjechać, ujawnić się i normalnie żyć?”. Moment zastanowienia przerwał „Sosna”, mówiąc:

– Sowieta rozwalą inni. My jesteśmy zbyt rozpoznawalni. I tak idąc ulicą bacznie obserwuję przechodniów i mam wrażenie, że co drugi jest konfidentem. Radzę wam zawczasu przygotować sobie miejsce do odskoku, ukrycia się. Nie wiem, może melina poza Mościcami, jakaś kochanka, może gdzieś pod Opole, tam gdzie zrobiliśmy z kasy tego Niemca. A w razie aresztowania – zrzucać winę na tych, co nie żyją. Im już nie zaszkodzimy…

– Tfu, wypluj to. Póki co jeszcze wszyscy żyjemy – zaoponował Śledź.

– Wszyscy?! – zdenerwował się „Krzak”. – Pamiętasz ilu nas było w „Barbarze”? Jak pod Jamną wiązaliśmy walką Niemców?! Mieli samoloty, czołgi, szła na nas ichniejsza żandarmeria. A my – hurra, naprzód! A teraz to co? Tamci nie żyją, inni siedzą, inni jeszcze poustawiali się przybierając nagle czerwone barwy.

– Panowie, już kolejny raz spotykamy się na wódkę u Rajskiego, i po raz kolejny rozmowa schodzi na to, czy jest sens. I wiecie co? Pamiętam jak kończyłem szóstą klasę w powszechnej i musiałem przerwać naukę bo ojciec kazał mi robić w polu. Wpadła mi w ręce książka – taka dla dzieci – o ostatnim dowódcy powstania styczniowego, Romualdzie Traugutcie. Wiecie co powiedział jak zastanawiano się nad sensem powstania? „Ja nie wiem czy jest sens. Ja wiem, że jest mus”! Tak powiedział! Jakoś mi te słowa zostały w pamięci. Prowadzimy dalej „robotę” w ramach Armii Krajowej, składaliśmy przysięgę i jej dotrzymamy cokolwiek by nas spotkać miało  – opowiadał Jandziś.

– Dobra, to co szefie z tym skokiem na kasę? – zapytał rzeczowo „Wojtuś”.

– Pojedziesz do Rzeszowa ty, ja, i jeszcze Tadek Puchała. Zatrzymamy się u krewnego Tadka. Zrobimy tamtejsze zakłady ceramiczne. Później, jak wystarczy jeszcze czasu, to kasę na stacji kolejowej. Weź, „Wojtuś”, trzy sztuki broni – polecił Rajskiemu „Sosna”. Kapral Rajski pełnił w oddziale funkcję meliniarza broni. To on w swoim lokalu przechowywał jedną pepeszę i pięć pistoletów wraz z amunicją do nich. W razie potrzeby żołnierze idąc na akcję zabierali od niego broń, a po jej zakończeniu z powrotem zdawali Rajskiemu. Oprócz tego każdy z mężczyzn miał też własną, „indywidualną”, parabelkę lub walthera. Aresztowanie mogło nastąpić w każdym momencie. Pistolet był potrzebny do walki, a – w razie braku szans na ucieczkę – ostatnia kula miała znaleźć się we własnej skroni…

Po uzgodnieniu szczegółów żołnierze oddali się bez reszty kolejnym butelkom bimbru. Alkohol koił rozedrgane nerwy, pozwalał na moment oderwać się od obrzydliwej rzeczywistości „Polski ludowej”. Mieli przecież marzenia, plany, nadzieje. Choć starali się o tym nie myśleć, każdy z nich podświadomie przeczuwał, że toczona przez nich walka jest bez szans powodzenia, że trwają na posterunku w oderwaniu od rzeczywistości, której nic nie zmieni, że wyczekiwana z nadzieją trzecia wojna światowa nie wybuchnie. Nie chcieli jednak przyjąć tego do wiadomości. Nie chcieli, a w zasadzie nie mieli innego wyboru. Od czasu, gdy w 1945 roku Rajski w grobowcu na jednym z tarnowskich cmentarzy złożył broń placówki Mościce AK w celu dalszego jej wykorzystania, ich los był przypieczętowany.

***

Kapral Rajski z głową szumiącą od wypitego bimbru położył się na sienniku. „Sosna”, „Krzak” i „Świt” poszli do swoich melin. On pozostał sam ku własnej rozpaczy i… szczęściu. Nienawidził chwil gdy nie miał otworzyć do kogo ust, a jednocześnie mierziła go apodyktyczność i mądrzenie się „Sosny”, małomówność „Świta” i porywczość „Krzaka”. Bez ludzi czuł się źle, a z nimi jeszcze gorzej. Bez słowa namysłu zaczął się modlić. Nie był zbyt religijną osobą. Przed wojną działał wśród ludowców, kilka razy widział na wiecu przemawiającego Witosa, bliskie były mu poglądy antyklerykalne choć deklarował się jako katolik. Kiedy szedł do partyzantki matka kazała mu codziennie wieczorem odmawiać słowa, które – jak twierdziła – uratują jego życie. Bardziej ze względu na szacunek dla matki niż z religijnego przekonania powtarzał słowa:

Święty Boże! Święty mocny! Święty nieśmiertelny! Zmiłuj się nad nami…

Przypomniał sobie składaną w Armii Krajowej przysięgę. Wielu akowców, jak na warunki partyzanckie niezłe uzbrojenie. Kąsali Niemców gdzie tylko było można. W czterdziestym czwartym sformowano z nich batalion „Barbara”. Atakowali tabory niemieckie, likwidowali folksdojczy, konfidentów, pospolitych rabusiów. Odbierali zrzuty od zachodnich aliantów, staczali potyczki, robili zasadzki. Mieli siłę.

W partyzantce – gdy nosił jeszcze pseudonim „Marzec” – wszystko było prostsze. We wrześniu 1944 roku ich batalion został okrążony pod Suchą Górą w okolicach Gromnika. Podporucznik „Krzyk” chciał ochotników do rozwalenia gniazda niemieckich karabinów maszynowych. Rajski zgłosił się bez wahania, wraz z nim trzech kolegów – „Zaskroniec”, „Mietek” i „Jaś”. Pod silnym ostrzałem przeskakiwali pojedynczo przez odsłoniętą polanę. Nogi mieli jak z waty, ale biegli co sił, byleby dotrzeć do zagajnika. „Zaskroniec” oberwał. Nie zważając na ogień niemieckich kaemów Rajski wyciągnął ciężko rannego kolegę. Niestety, tego samego wieczora „Zaskroniec” zmarł. Gniazdo karabinów maszynowych zostało zdobyte, ale okupione śmiercią kolegi…

Od powietrza, głodu, ognia i wojny, Wybaw nas Panie…

I „od zdrady” – chciałoby się dodać. Zdrada najbardziej zagrażała. Co rusz w sidła bezpieki wpadały kolejne osoby, informatorzy znajdowali się w szeregach podziemia. Nie mógł zrozumieć w jaki sposób ktoś, kto przeżył w szeregach Armii Krajowej okupację, bez cienia zawahania zaczynał współpracę z resortem bezpieczeństwa donosząc odtąd na swoich dawnych kolegów. A może tych ludzi łamano? Może stawiano przed tragicznym dylematem? Może przystawiano pistolet do skroni z okrzykiem: „Mów!”?

W grudniu 1945 roku dostali rozkaz ukarania zamieszkałego w Pleśnej pepeerowca, Bronisława H. Partyjniak był tam przewodniczącym Prezydium Gminnej Rady Narodowej. Chciał wprowadzać kołchozy, niszczył chłopów związanych z PSL-em. W godzinach wieczornych weszli do domu, Jandziś do drugiej izby sprowadził żonę komunisty i dzieci, Rajski wraz z dwoma pozostałymi żołnierzami miał spuścić pepeerowcowi solidny łomot. Gdy kolejno kopali go w brzuch i głowę w pewnym momencie podbiegła do nich nieupilnowana przez Jandzisia sześcioletnia córka „czerwonego”. Dla niej to był ojciec. Patrzyła swoimi zestrachanymi oczyma na to, co winowcy robili. Przecież to dziecko nie wiedziało ani nie było winne temu, że ich ojciec zasługiwał na kulkę w łeb, a nie tylko na dotkliwe pobicie. Do teraz wzrok przerażonego dziecka prześladował Rajskiego. I choć wiedział, że taki był rozkaz, że tak trzeba, nie mógł sobie z tym poradzić… Ludzie zapamiętają ich jako „bandytów”… tak zresztą pisała o nich komunistyczna prasa. Czy ktoś się kiedyś o nich upomni? Jeśli on zginie…

Od nagłej i niespodziewanej śmierci, Zachowaj nas Panie…

Tego obawiał się najbardziej. Że już wkrótce przyjdzie śmierć. Że nie dane mu będzie zrealizowanie marzeń o życiu z Heleną, wspólnym domu i potomstwie. Poznał ją tak niedawno… Od samego początku tej znajomości towarzyszyła mu myśl, że ich związek nie ma przyszłości. Miał świadomość własnej częściowej degeneracji. Ilość wypijanego alkoholu z każdym dniem rosła. Stawał się brutalny, upajał się adrenaliną, którą przynosiły akcje zbrojne. Odczuwał zwierzęcą satysfakcję w związku z tym, że nosi ze sobą broń, że jest panem czyjegoś życia lub śmierci. Helena w jego życie wniosła coś zupełnie odmiennego – w tym brutalnym czasie zmagania się dobra ze złem, gdy Rajski sam zaczął się zastanawiać nad tym, co robi, sympatia dała mu dużo dobroci, ciepła, spontaniczności. Teraz miał już dla kogo żyć, nie chciał zabijania, skoków na kasę, wieczornych libacji w zasmrodzonej melinie. Chciał żyć i cieszyć się życiem przy boku ukochanej osoby. Jeszcze tylko te wrześniowe akcje i koniec – powtarzał sobie wielokrotnie. Wyjedzie gdzieś na zachód, w skrytce ma schowane fałszywe dokumenty, nikt ich nie odnajdzie. Może uda się przeżyć…

My grzeszni ciebie Boga prosimy, Wysłuchaj nas Panie…

Sen ogarnął „Wojtusia”.

***

Inspektorat Tarnowski WiN krypt. „Sztuczne Nawozy”, „Wodospad”, należał do jednej z najlepiej zorganizowanych struktur w ramach Okręgu Krakowskiego WiN. Początkowo inspektoratem kierował kpt. Zbigniew Rogawski „Oborski”. Od 1 czerwca 1946 r. dowództwo przejął ppor. Władysław Kowal „Rola”, „Sanecki”, dotychczasowy kierownik Rady WiN Tarnów. Do ich dyspozycji pozostawał sformowany latem 1945 r. oddział osłony dowodzony przez plut. Jana Jandzisia „Sosnę”. Składał się w przeważającej mierze z nieujawnionych żołnierzy mościckiej placówki AK, nazywany był także „grupą »D«”. Ogółem przez jego szeregi przewinęło się jedenaście osób.

Ppor. Władysław Kowal ps. „Rola”, „Sanecki”, arch. IPN

Dla kpr. Wojciecha Rajskiego „Marca”, „Wojtusia”, opisywana powyżej noc była jedną z ostatnich. W czasie akcji na dworcu kolejowym w Rzeszowie został zastrzelony przez funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. Jan Jandziś „Sosna” wkrótce po powrocie do Tarnowa zorganizował likwidację kpt. Lwa Sobolewa – „sowietnika”, doradcę sowieckiego przy PUBP w Tarnowie. 10 września 1946 r. na tarnowskim placu Burek rozległy się strzały – chłopcy z WiN-u dokonali egzekucji krwiożerczego sowieta.

Pogrzeb kpt. Lwa Sobolewa, „sowietnika” przy tarnowskim UB, arch. IPN

Jak się później okazało kpr. Rajski był jedynym żołnierzem oddziału, który poległ w walce. Pozostali członkowie grupy zaprzestali działalności zbrojnej jesienią 1946 r. Roman Śledź „Świt” w październiku 1947 r. podpisał zobowiązanie do współpracy z UB. Prawdopodobnie nie był aktywnym konfidentem, stąd szybka decyzja o wykreśleniu go z listy współpracowników. Większość z żołnierzy oddziału „Sosny” zatrzymano na przełomie 1948/1949 r. w ramach zakrojonej na szeroką skalę akcji aresztowania byłych członków WiN-u. Augustyn Kurek i Roman Śledź zostali skazani na karę śmierci zamienioną na dożywotnie więzienie. Najdłużej ukrywał się dowódca oddziału – Jana Jandzisia aresztowano w przemyskim seminarium duchownym we wrześniu 1951 r., karę śmierci zamieniono mu na 15 lat pozbawienia wolności. Długo ukrywał się również ppor. Władysław Kowal „Sanecki”. To on wydawał rozkazy Jandzisiowi, z jego polecenia grupa wykonywała wyroki, kary chłosty lub akcje ulotkowe. Aresztowany w lipcu 1950 r. w Szczecinie, za wydanie rozkazu likwidacji ppor. Juliana Świątka i kpt. Lwa Sobolewa skazany na karę śmierci zamienioną na dożywocie. Tarnowscy winowcy z więzień wychodzili w latach 1956-1957. W związku z aresztowaniem zachowały się ich zdjęcia sygnalityczne, uzyskane podczas śledztwa dokładne informacje o dacie urodzin, szczegóły z życiorysu oraz prowadzonej działalności. W kartach ewidencyjnych brakuje dokładnych wiadomości na temat kpr. Wojciecha Rajskiego, zastępcy dowódcy oddziału. Nie jest znana jego data urodzenia, brakuje także zdjęcia. Dokładna data śmierci również owiana jest tajemnicą, choć stało się to zapewne 7 września 1946 r.

Powyższy tekst stanowi próbę beletryzowanej rekonstrukcji jego życia. Zdecydowana większość podanych wyżej informacji jest prawdziwa. Prawdziwe są personalia, a także informacje o przeprowadzanych akcjach – zarówno tych wojennych, jak i powojennych – i udziale w nich kaprala „Wojtusia”. Fikcyjna z kolei jest postać Heleny, wiadomości o przedwojennej przeszłości Rajskiego oraz – co oczywiste – zapis emocji i rozmów bohaterów.

Tekst stanowić ma hołd dla żołnierza, którego miejsce pochówku do dziś pozostało nieodkryte.